ROZDZIAŁ II
Urodziłem się w kraju, którego już nie ma
O PRL opowiadano mi na dwa sposoby. W pierwszej wersji był więzieniem narodów, imperium kolejek, donosów, pałek i papieru toaletowego, który występował równie rzadko jak uczciwy komunikat władz. W drugiej człowiek miał pracę, mieszkanie z zakładu, wczasy pod gruszą i pewność, że jutro świat nadal będzie równie szary, ale przynajmniej znajomy.
Obie historie mogły wyjść z tych samych ust. Człowiek wspomina młodość razem z ustrojem. Pamięta pierwszą miłość, zdrowe kolana i smak oranżady, po czym połowę zasług przypisuje gospodarce centralnie planowanej. Państwo może upaść, ale zapach klatki schodowej pozostaje w pamięci na stanowisku ministra propagandy.
Nie zamierzam opowiadać całej historii PRL. Interesuje mnie jeden szczegół: system, który na sztandarach nosił robotnika, musiał zostać zatrzymany przez robotników.
Państwo ludzi pracy
PRL nazywała się państwem robotników i chłopów. Robotnik występował na plakatach, w hymnach, przemówieniach oraz nazwach ulic. Władza kochała go tak bardzo, że najchętniej sama wybierała, co ma myśleć i kto może mówić w jego imieniu.
Kiedy powtarzał przemówienie sekretarza, był klasą przewodnią. Kiedy mówił, że pensja nie wystarcza, normy są za wysokie, a związki zawodowe powinny należeć do pracowników, stawał się wichrzycielem albo ofiarą wrogiej propagandy.
Miłość systemu do robotnika przypominała małżeństwo, w którym mąż codziennie zapewnia żonę, że jest królową, pod warunkiem że nie wychodzi z kuchni i nie pyta o konto.
Pracodawcą było państwo. Sędzią było państwo. Telewizja należała do państwa. Kiedy pracownicy występowali przeciwko państwu, państwo mogło w państwowej telewizji wyjaśnić, że działają przeciwko interesom ludzi pracy.
Tu słowo „ironia” zaczyna ubierać buty, żeby dołączyć do strajkujących.
Wolność przychodzi, rachunki zostają
Komunizm w Polsce upadł, ale nie spadł jak dekoracja po ostatniej scenie. Nie zgasły światła i nie wyszedł inspicjent, żeby poinformować, że od jutra wszyscy będą wolni, bogaci oraz odpowiedzialni.
Wolny rynek przyniósł towary, możliwości, bezrobocie, fortuny, bankructwa, reklamy, bazary, kredyty i pierwsze pokolenie, które mogło wybierać między dziesięcioma proszkami do prania, lecz nie zawsze miało za co kupić jeden.
Państwo wcześniej ograniczało, ale również organizowało. Dawało pracę, choć często źle płatną. Przydzielało mieszkania, choć trzeba było na nie czekać. Zapewniało przewidywalność przypominającą więzienny regulamin: światło zgaśnie o tej samej porze i jutro zupa znowu będzie miała ten sam kolor.
Po zmianie ustroju można było wiele. Można było również stracić pracę. Dla jednego człowieka była to przestrzeń do działania, dla drugiego przepaść bez poręczy. Wolność okazała się droższa, niż wyglądała w ulotce.
Korona dla każdego
Kiedyś korona była przede wszystkim tym, co monarcha nosił na głowie, żeby wszyscy wiedzieli, kto tu ma najdroższy ból karku. Dziś w Skandynawii korony nosi każdy: jedną, sto, tysiąc, zależnie od tego, ile zostało po podatkach, racie i zakupie kolejnej rzeczy, której nie ma gdzie trzymać.
Demokracja przeprowadziła masową koronację. Mamy głos, paszport, konto, własność, telefon i prawa, o których większość królów starożytności nie słyszała. Możemy zmienić pracę, wyjechać, pozwać pracodawcę, skrytykować rząd i kupić kubek z napisem „jestem szefem”.
Wszyscy jesteśmy królami. A jednocześnie prawie wszyscy komuś służymy: klientowi, pacjentowi, firmie, rodzinie, kredytowi, terminowi, państwu albo telefonowi leżącemu na stoliku jak mały czarny kanclerz.
Korona nie usuwa służby. Zmienia pytanie. Nie: czy komuś służę? Raczej: komu, na jakich warunkach i czy mogę przestać?
Do stoczni jeszcze wrócimy. Najpierw cofniemy się dalej, do ludzi, którzy nie mieli ani korony, ani prawa do wypowiedzenia.
Poprzednie kazanko
Następne kazanko











Cześć, nie wiem na jakim etapie aktualnie jesteś w szukaniu wspólnoty. Może warto zainteresować się Kościołem Boży w Gdańsku (https://www.facebook.com/profile.php?id=61554200060524)?…