Jezus nauczył swoich uczniów modlić się:
„Przyjdź królestwo twoje”.
Chrześcijanie powtarzają te słowa od dwóch tysięcy lat.
Jest tylko jeden drobny problem.
Jezus jednocześnie chodził po miastach i ogłaszał Dobrą Nowinę, że królestwo właśnie przyszło.
„Przybliżyło się królestwo Boga” (Mk 1,15).
A kiedy wyrzucano mu wypędzanie demonów, powiedział jeszcze wyraźniej:
„Jeśli ja przez ducha Boga wyrzucam demony, to przyszło do was królestwo Boga” (Mt 12,28).
Czyli:
Przyszło.
A teraz:
Ojcze, niech przyjdzie.
Można się pogubić.
Królestwo bez granicy na mapie
Trochę przeszkadza nam polskie słowo „królestwo”.
Słyszymy „Królestwo Polskie”, „Królestwo Norwegii” i odruchowo wyobrażamy sobie kawałek mapy zaznaczony kolorem.
Greckie βασιλεία — basileia może oczywiście oznaczać królestwo jako obszar, ale oznacza również królewską władzę, panowanie, królowanie.
Dlatego zdanie Jezusa można usłyszeć trochę inaczej:
„Przybliżyło się panowanie Boga”.
I nagle zaczyna być jasne, dlaczego Jezus porównuje basileia do ziarnka gorczycy, które zaczyna jako coś maleńkiego i rośnie, albo do zaczynu, który kobieta wkłada w ciasto, aż zakwasi całość.
Granica państwowa raczej tak nie działa.
Panowanie — jak najbardziej.
Może się pojawić w jednym miejscu i rozszerzać.
Wojna wygrana. Wojna trwa.
Paweł używa tutaj obrazu doskonale zrozumiałego w świecie rzymskim.
Pisze, że Bóg prowadzi triumfalny pochód w Chrystusie, rozsiewając przez swoich ludzi zapach poznania go (2 Kor 2,14).
Triumf rzymski nie był paradą organizowaną przed bitwą, żeby poprawić legionistom morale.
Urządzano go po zwycięstwie.
Zwycięzca przechodził przez miasto, prowadzono jeńców, pokazywano zdobycze, paliło się kadzidło. Zapach zwycięstwa dosłownie unosił się w powietrzu.
Dlatego Pawłowi tak dobrze pasuje dalszy obraz zapachu.
Jeszcze mocniej brzmi List do Kolosan: wrogie zwierzchności i władze zostały rozbrojone, wystawione publicznie i poprowadzone w triumfie (Kol 2,15).
Brzmi jak po wojnie.
A ten sam Paweł pisze:
„On musi królować, aż położy wszystkich wrogów pod swoje stopy” (1 Kor 15,25).
Brzmi jak w czasie wojny.
I właśnie o to chodzi.
Zwycięstwo zostało ogłoszone, król objął panowanie, ale jego panowanie nie dotarło jeszcze wszędzie.
Ostatnim wrogiem, który ma zostać zniszczony, jest śmierć.
Król już króluje.
Dlatego jego królestwo może nadal przychodzić.
Przyjdź tutaj
W takim razie „przyjdź królestwo twoje” nie musi znaczyć:
„Boże, czy mógłbyś wreszcie któregoś dnia zacząć królować?”
To raczej:
„Niech twoje panowanie przyjdzie tutaj”.
Do mojego miasta.
Mojego domu.
Do tego, co robię z pieniędzmi
i jak traktuję człowieka, którego nie lubię.
Do mojego serca.
I teraz zaczyna się robić niewygodnie.
Bo chwilę później modlimy się:
„Niech stanie się twoja wola”.
Naprawdę?
Po co prosimy Boga o coś, o czym już wie?
Jezus przed podaniem tej modlitwy mówi coś bardzo dziwnego:
Ojciec wie, czego potrzebujecie, zanim go poprosicie (Mt 6,8).
Czyli modlitwa najwyraźniej nie służy przekazywaniu Bogu informacji.
„Panie Boże, chciałem zgłosić, że ciocia jest chora”.
„Dziękuję, nie wiedziałem”.
Skoro wie, po co mówić?
Może między innymi po to, żeby my usłyszeli, czego chcemy.
Jezus spotyka niewidomego Bartimeusza i pyta:
„Co chcesz, żebym ci zrobił?” (Mk 10,51).
Człowiek jest niewidomy.
Jezus raczej zauważył.
A jednak pyta.
Czego chcesz?
Bartimeusz odpowiada:
„Chcę widzieć”.
Podobnie przy sadzawce Jezus pyta człowieka chorego od trzydziestu ośmiu lat:
„Chcesz stać się zdrowy?” (J 5,6).
Nie dlatego, że potrzebuje wywiadu medycznego.
Pytanie dotyczy woli.
Chcesz, żeby przyszło?
I może właśnie dlatego codziennie mamy mówić:
„Przyjdź królestwo twoje”.
Nawet jeśli już przyszło.
Tak jak człowiek zdrowy może każdego dnia odkrywać, że chce pozostać zdrowy, tak człowiek żyjący pod panowaniem Boga może każdego dnia powiedzieć:
Tak. Chcę tego panowania. Tutaj również.
Bo można ustami prosić:
„Niech stanie się twoja wola”,
a sercem dodawać:
„Oczywiście w rozsądnych granicach”.
Można modlić się:
„Przyjdź królestwo twoje”,
dopóki królestwo nie zapuka do naszego portfela, łóżka, ambicji, kalendarza albo sposobu traktowania wrogów.
Wtedy dopiero okazuje się, czy modlitwa była prośbą, czy recytacją.
Wierzcie, że otrzymaliście
Jest jeszcze jedno zdanie Jezusa, które pasuje tutaj zadziwiająco dobrze:
„O cokolwiek modlicie się i prosicie, wierzcie, że otrzymaliście, a będzie wam” (Mk 11,24).
Nie: „wierzcie, że może kiedyś otrzymacie”.
W greckim tekście mamy ἐλάβετε — „otrzymaliście”.
Najpierw ufność, jakby dar został już przyjęty.
Potem jego urzeczywistnienie.
Nie jest to instrukcja do magicznego manifestowania samochodu, pieniędzy i większego telewizora.
Ale pokazuje niezwykłą logikę modlitwy.
Człowiek modli się o przyszłość, stojąc już po stronie tego, o co prosi.
Podobnie z królestwem.
Przyszło.
Dlatego modlimy się:
Niech przyjdzie.
Amen
Na końcu mówimy:
Amen.
Nie jest to religijny odpowiednik przycisku „Wyślij”.
Hebrajskie amen należy do rodziny słów związanych z trwałością, pewnością i wiernością. Jako odpowiedź może znaczyć mniej więcej:
„Tak. To pewne. Niech tak będzie”.
I może właśnie tutaj znajduje się istota tej modlitwy.
Nie próbujemy namówić Boga, żeby został królem.
Czy informujemy go, że świat potrzebuje naprawy? Nie.
Nie czekamy też bezczynnie na królestwo, które od dwóch tysięcy lat nie może się zdecydować, czy przyjść.
Król przyszedł.
Zwycięstwo zostało ogłoszone.
Pochód już ruszył.
A my codziennie pytamy własne serce, czy naprawdę chcemy, żeby to panowanie dotarło również tutaj.
Przyjdź królestwo twoje.
Amen.
Tak. Niech przyjdzie.











Co o tym myślisz?
Jeśli spodobał Ci się ten referat i pobudził Cię do przemyśleń, podziel się tym w komentarzu lub pisząc do mnie. Jeśli dzięki temu artykułowi udało Ci się spojrzeć na tą kwestię z innej perspektywy to spełnił on zamierzony cel. Jeśli po lekturze skłaniasz się do zmiany swoich poglądów lub utwierdziłeś się w swoich przemyśleniach, które są sprzeczne z moimi to również chwała Bogu. Pomóż i mi znaleźć prawdę, dzieląc się ze mną i innymi czytelnikami swoimi argumentami na ten temat.