Brutal Assault to, jak wiadomo, największy polski festiwal metalowy odbywający się w Czechach. Czesi zapewniają twierdzę, piwo i drogi, Polacy przyjeżdżają tłumnie, a granica państwowa wydaje się istnieć głównie po to, żeby trzeba było kupić winietę, która na drodze z Polski do Jaromierza i tak jest zbędna.
Tegoroczny Brutal odbywał się 5–8 sierpnia i zgromadził ponad 160 wykonawców. W zestawie znalazło się wszystko, co potrzebne porządnemu festiwalowi metalowemu: śmierć, zagłada, wojna, Szatan, bogowie, antybogowie, trochę depresji i człowiek grający na gitarze tak szybko, jakby właśnie przypomniał sobie, że zostawił włączone żelazko.
I właśnie w tym towarzystwie pojawił się Metal Church.
Nazwa zobowiązuje.
Tylko niekoniecznie tak, jak można by się spodziewać.
Metal Church
Brzmi jak gotowy temat kazania, chociaż sam zespół chrześcijański nie jest. Nie mamy tu ewangelicznego metalcore’u w rodzaju August Burns Red czy Fit for a King. Nikt nie przerywa koncertu, żeby sprawdzić, czy publiczność przyjęła już Jezusa, a każdy riff nie musi posiadać atestu doktrynalnego.
Metal Church gra po prostu oldschoolowy thrash metal.
Tyle że po scenie kręci się tam całkiem sporo chrześcijan. Kurdt Vanderhoof i Brian Allen otwarcie mówią o wierze, na basie stoi David Ellefson, który jeszcze dostarczy nam materiału do rozważań o grzechu i łasce, a wszystko potrafi zakończyć się prostym:
„God bless you all”.
Nie trzeba przed każdym utworem informować: „Uwaga, za chwilę metafora chrystologiczna”. Jezus sam zresztą nie zawsze tak robił. Opowiadał o rolniku rozsiewającym ziarno, kobiecie szukającej monety, pracownikach kłócących się o wypłatę albo ojcu mającym dwóch problematycznych synów. Najpierw była historia z normalnego świata. Dopiero potem słuchacz orientował się, że opowieść dotyczy również jego i Boga.
I to jest już bardzo chrześcijańskie, nawet jeżeli nie da się tego sprzedawać w księgarni religijnej między różańcem a kubkiem z papieżem. Bo Ewangelię można głosić nie tylko zdaniem: „Jezus umarł za twoje grzechy”.
Można ją również opowiedzieć historią.
Kościół z przesterem
Nazwa projektu nie jest oczywiście opisem denominacji z własnym katechizmem, komitetem parafialnym i kontem na remont dachu. W tytułowym numerze zespołu pojawia się bardzo trafna diagnoza:
Metal church will find you, can’t run very far.
Metal church inside you, knows just who you are.
Metalowy kościół cię znajdzie, daleko nie uciekniesz.
Metalowy kościół jest w tobie i dobrze wie, kim jesteś.
I trzeba przyznać, że każdy metalowiec rozumie tę metaforę bez większych objaśnień.
Koncert ma coś ze zgromadzenia liturgicznego. Ludzie zjeżdżają z różnych stron, choć na co dzień właściwie nic ich nie łączy. Rozpoznają te same znaki, znają te same utwory, wiedzą, kiedy podnieść ręce, kiedy ryknąć, kiedy rozpocząć rytualne machanie głową, którego ortopeda raczej nie zatwierdził.
Nie potrzebują się znać.
Wystarczy, że słyszą ten sam riff.
Hałas dla jednych, muzyka dla drugich
Metal Church podoba mi się również jako zupełnie przypadkowa metafora nawrócenia.
Spróbuj wyjaśnić komuś, kto nie cierpi metalu, dlaczego słuchanie kilku ludzi produkujących dźwięk przypominający katastrofę przemysłową jest dla ciebie przyjemnością. Możesz opowiadać o riffach, energii, harmonii, rytmie i wykonaniu, ale rozmówca nadal będzie słyszał wyłącznie hałas.
Ty słyszysz czad.
Nie ma tu logicznej demonstracji, po której druga osoba nagle powie: „Rzeczywiście, od dzisiaj też lubię death metal”.
Metal można usłyszeć w teorii i praktyce, a większość ludzi i tak go odrzuci.
Tak samo jest z Ewangelią. Dlatego nawrócenie może być kompletnie niezrozumiałe dla obserwatora. Patrzy na ciebie i pyta: „Co ty w tym widzisz?”.
Metalowiec zna to pytanie doskonale.
Można przestać chodzić na koncerty. Ściąć włosy. Wyrzucić glany, zdjąć porwane dżinsy i założyć rodzinę. Kupić kombi. Zacząć zastanawiać się nad wysokością raty kredytu i mówić dzieciom, żeby ściszyły muzykę.
A potem gdzieś przypadkiem poleci riff, który znałeś dwadzieścia lat temu.
I kark sam wie, co robić.
Metalowiec może nie słuchać metalu przez dziesięć lat, ale bardzo rzadko naprawdę przestaje być metalowcem.
To trochę jak wirus. Tylko fajniejszy.
I właśnie tutaj widzę zadziwiające podobieństwo do spotkania z Jezusem.
Nie da się odzobaczyć tego, co się zobaczyło.
Można uciekać. Ale już się wie, przed kim.
Tak samo jak komuś, kto nigdy nie pokochał metalu, trudno wytłumaczyć, dlaczego ten hałas jest piękny, tak człowiekowi, który nigdy nie doświadczył Boga, trudno wyjaśnić, dlaczego ktoś reorganizuje przez Niego własne życie.
Patrzy z boku i zadaje to doskonale znane metalowcowi pytanie: „Co ty w tym widzisz?”.
Po owocach ich poznacie
Jeżeli ktoś od dziecka słucha metalu, chodzi na koncerty zamiast na msze i obraca się przez dziesięciolecia w towarzystwie ludzi przedstawianych nieraz jako zdemoralizowane odpady społeczeństwa, należałoby spodziewać się określonych skutków.
Deprawacji.
Egoizmu.
Upadku obyczajów.
Może jeszcze narkomanii i czczenia Szatana, zależnie od tego, który numer tygodnika katolickiego akurat czytamy.
Tymczasem patrzę na nasz obóz na Brutal Assault, w którym poza mną tylko nieliczni deklarują się jako chrześcijanie, i widzę coś podejrzanie przypominającego pierwotną komunę.
Nie utworzyliśmy jej celowo. Nie spisaliśmy zasad. Nie przeczytaliśmy Dziejów Apostolskich i nie powiedzieliśmy: dobra, od tego roku realizujemy model jerozolimski.
Po prostu przez lata tak wyszło.
Jeżeli ktoś idzie do sklepu, pyta innych, czego potrzebują. Jeżeli ma czegoś więcej, dzieli się. Jak trzeba komuś pomóc przy namiocie, zawieźć go, coś pożyczyć, przynieść, potrzymać albo uratować resztkę godności po nocy z czeskim alkoholem, to się pomaga.
Nie ma żadnego obowiązku.
To jest właśnie najciekawsze.
Nikt nikomu nie powiedział: musisz kupić coś innym. Musisz oddać swoją wodę. Musisz pożyczyć powerbank. Musisz odstąpić miejsce. Nie ma punktów za dobre uczynki, regulaminu współżycia społecznego ani starszych obozu orzekających, czy brat właściwie realizuje nakaz miłości.
Istnieje właściwie jedna zasada.
Prawo dupy.
Polega na tym, że jeśli widzisz wolne krzesło, siadasz. Nie pytasz, czy ktoś tu siedział. Wolne krzesło staje się twoim krzesłem przez położenie na nim dupy.
I właśnie w społeczności posiadającej tak brutalne prawo własności prawie nie słyszę:
„Ej, ja tu siedziałem”.
Częściej:
„Chcesz usiąść?”.
Może więc coś w tym metalowym kościele rzeczywiście działa.
Bierzcie i pijcie z niego wszyscy
Jest jeszcze coś.
Nie bardzo się siebie brzydzimy.
Jezus podczas ostatniej wieczerzy podał uczniom kielich i kazał wszystkim z niego pić. Jeden kielich. Współcześni chrześcijanie znaleźli naturalnie bardziej higieniczne rozwiązania. Protestanci rozlewają wino albo sok do indywidualnych kieliszków, a tam, gdzie korzysta się ze wspólnego kielicha, wyciera się jego brzeg.
Nie mam nic przeciwko higienie. Bardzo ją polecam, szczególnie czwartego dnia festiwalu.
Zabawny jest tylko kontrast.
My w obozie podajemy sobie tę samą butelkę wody. Z tego samego gwinta idzie wino. Z tego samego bimber, choć tutaj bakterie prawdopodobnie giną jeszcze przed zetknięciem z butelką.
Nikt nie przeprowadza dochodzenia, kto przed chwilą pił.
Może więc metalowcy przypadkiem wiedzą coś o wspólnocie, czego chrześcijanie próbują się nauczyć na kolejnych konferencjach?
Nie chodzi oczywiście o ustanowienie wspólnego gwinta kolejnym sakramentem. Chodzi o pewien rodzaj rodzinnej bliskości, w której drugi człowiek przestaje być obcym ciałem.
I wtedy zaczynam się zastanawiać, czy ci wszyscy ludzie, którzy przez trzydzieści lat chodzili na koncerty zamiast na nabożeństwa, na pewno niczego po drodze nie zrozumieli.
Święto Namiotów
Brutal Assault przypomina mi też biblijne Święto Namiotów.
Najprostsze podobieństwo jest oczywiście widoczne gołym okiem: oni mieszkali przez kilka dni w prowizorycznych szałasach, my mieszkamy w namiotach Quechua. Egzegeza oparta wyłącznie na katalogu Decathlonu byłaby jednak trochę za płytka.
Święto Namiotów na kilka dni wyciągało ludzi z normalnego życia i normalnych domów. Przypominało Izraelowi okres, kiedy cały naród był wędrowcami. Księga Powtórzonego Prawa opisuje przy tym wspólne świętowanie, wymieniając obok siebie dzieci, sługi, Lewitów, przybyszów, sieroty i wdowy.
Brutal robi coś podobnego bez żadnego religijnego zamiaru.
Przez kilka dni informatyk, taksówkarz, lekarz, budowlaniec i prezes czegoś tam śpią obok siebie w namiotach.
Oczywiście nadal nie jesteśmy naprawdę równi. Jeden ma namiot za dwieście złotych, drugi za dwa tysiące, a trzeci śpi w hotelu, ponieważ najwyraźniej wkroczył już na drogę festiwalowej apostazji.
Ale społeczna hierarchia robi się nagle zadziwiająco nieważna.
Stanowisko w pracy nikomu nie imponuje, kiedy właśnie stoisz w klapkach z rolką papieru toaletowego pod pachą.
Wszyscy są spoceni. Wszyscy bywają niewyspani. Wszyscy czegoś zapomnieli. Każdy może któregoś dnia potrzebować młotka, wody albo czyjegoś krzesła.
Przez kilka dni żyjemy więc w osobliwej społeczności równości i wzajemnej pomocy.
I znowu: prawie nikt nie próbuje realizować tutaj chrześcijaństwa.
To się po prostu dzieje.
Chrystus wyrzucony drzwiami
Najzabawniejsze jest jednak to, że metal od dziesięcioleci próbuje wyrzucić chrześcijaństwo ze swojego świata i od dziesięcioleci nie potrafi przestać o nim mówić. Na tegorocznym Brutalu grał Deicide — czyli dosłownie „bogobójstwo”. Była Batushka, która cały swój język sceniczny zbudowała z prawosławnej liturgii. Był Nergal wykonujący „Sventevith”.
Metal może godzinami opowiadać, jak bardzo nie chce mieć nic wspólnego z chrześcijaństwem. Najchętniej przy użyciu symboliki chrześcijańskiej.
Do bogobójstwa potrzebny jest Bóg. Do bluźnierstwa potrzebna jest świętość. Odwrócony krzyż nadal jest krzyżem.
Chrystusa można więc wyrzucić z metalu drzwiami. Po chwili wraca oknem. Czasem przebrany za Szatana.

Metal Church naprawdę istnieje
Na tym tle zabawnie brzmi fakt, że Metalchurch istnieje również naprawdę.
W Szwajcarii działa chrześcijańska wspólnota reformowana przeznaczona właśnie dla sceny metalowej. Nie ma nic wspólnego z zespołem Metal Church. Jej twórcy wychodzą jednak z założenia bardzo podobnego do tego, do którego można dojść po kilku dniach Brutala: metalowca nie trzeba wyciągać z jego kultury i przerabiać na człowieka, który źle się czuje bez beżowego swetra.
Dla metalowców można stać się metalowcem.
Szwajcarski Metalchurch ma również zasadę, którą bardzo lubię: łaska przed uświęceniem.
Najpierw człowiek zostaje przyjęty.
Dopiero potem zaczyna się zmieniać.
To dobra chwila, żeby przypomnieć, kto obecnie gra na basie w zespole Metal Church.
David Ellefson.
Święty od kamerki internetowej
Ellefson od dawna publicznie mówi o chrześcijaństwie. Wracał do wiary, angażował się w życie kościelne, studiował nawet przez pewien czas w seminarium.
A potem w 2021 roku wybuchła jego seksualna afera internetowa, która zakończyła między innymi jego karierę w Megadeth.
Można więc zapytać: jak chrześcijanin może zrobić coś takiego?
Bardzo łatwo.
Chrześcijanin nie różni się od niechrześcijanina tym, że nie grzeszy.
Różni się przede wszystkim tym, jak ocenia swój grzech.
Nawrócenie nie jest nagłą wymianą wszystkich zachowań. Greckie metanoia mówi o zmianie myślenia i właśnie dlatego powiedziałbym to tak:
Zmiana myślenia to nie natychmiastowa zmiana czynienia. Zmiana myślenia to zmiana chcenia.
Zaczynam nie chcieć tego, co nadal potrafię zrobić.
Paweł świetnie znał ten problem, kiedy pisał, że robi to, czego nie chce, a nie robi tego, czego chce.
Nie oznacza to oczywiście, że zachowanie jest nieważne. Jeżeli ktoś całe życie twierdzi, że chce iść w prawo, a zawsze skręca w lewo, warto sprawdzić, czy naprawdę zna kierunki.
Ale nawrócenie zaczyna się nie od doskonałości.
Zaczyna się od tego, że błoto przestaje być domem.
Człowiek nadal może w nie wpaść.
Tylko nie musi już przekonywać siebie, że mieszka w jacuzzi.
I może właśnie dlatego prawdziwy Metal Church — czy ten ze sceny, czy ten szwajcarski — nie powinien być kościołem ludzi bez skazy.
Kościół nie jest klubem ludzi, którzy nie narobili sobie wstydu. Jest zgromadzeniem ludzi, którzy nauczyli się własnego wstydu nie nazywać cnotą.
Jakie są owoce?
Po Brutal Assault zostaje więc we mnie dość dziwny obraz chrześcijaństwa.
Z jednej strony stoją tysiące ludzi, z których znaczna część nie chce mieć z Chrystusem nic wspólnego. Na scenach pojawiają się bogobójcy, diabły, odwrócone krzyże i cała metalowa galeria antychrześcijańskiej wyobraźni.
Z drugiej strony ci sami ludzie przez kilka dni mieszkają jak na Święcie Namiotów, dzielą się jedzeniem, wodą i czasem, pomagają sobie bez nakazu, tworzą wspólnoty, w których zawód i status tracą znaczenie, i robią wiele rzeczy, które bardzo dobrze wyglądają w kazaniach o życiu pierwszych chrześcijan.
Może Chrystus jest trudniejszy do wyrzucenia, niż sądzimy. Wyrzucamy Go drzwiami jako religię — wraca oknem jako wspólnota. Wyrzucamy Go jako krzyż — wraca przebrany za Szatana.
Nie zamierzam z tego robić dowodu, że Brutal Assault jest Królestwem Bożym. Po sobotniej nocy nawet najbardziej liberalna egzegeza mogłaby mieć z tym problem. Ale warto czasami sprawdzać owoce tam, gdzie religijny stereotyp każe spodziewać się wyłącznie chwastów.
Bo może się okazać, że człowiek, który od trzydziestu lat chodzi na metal zamiast na mszę, nauczył się po drodze czegoś, co Jezus całkiem wysoko cenił.
Wracasz do obozu zmęczony po koncertach. Wszystkie krzesła zajęte. Opierasz się więc o drzewo, aż jakiś człowiek, którego być może znasz od lat, a być może jeszcze wcale, patrzy na ciebie i pyta:
„Chcesz usiąść?”.
Po czym wstaje.
Właśnie zwolniło się krzesło.
Obowiązuje prawo dupy.
Poprzednie kazanko
Następne kazanko









Co o tym myślisz?
Jeśli spodobał Ci się ten referat i pobudził Cię do przemyśleń, podziel się tym w komentarzu lub pisząc do mnie. Jeśli dzięki temu artykułowi udało Ci się spojrzeć na tą kwestię z innej perspektywy to spełnił on zamierzony cel. Jeśli po lekturze skłaniasz się do zmiany swoich poglądów lub utwierdziłeś się w swoich przemyśleniach, które są sprzeczne z moimi to również chwała Bogu. Pomóż i mi znaleźć prawdę, dzieląc się ze mną i innymi czytelnikami swoimi argumentami na ten temat.