Święci z porcelany
Dorastając jako katolik w religijnym społeczeństwie, zostałem wykarmiony obrazkami świętych. Nie mówię teraz o oficjalnych definicjach, które teolog może wyjąć z grubego podręcznika, wygładzić, oprószyć łaciną i powiedzieć: „ale Kościół naucza bardziej subtelnie”. Mówię o tym, czym naprawdę karmiono dziecko, nastolatka, młodego człowieka siedzącego w ławce szkolnej, kościelnej i rodzinnej. Księża, katecheci, pobożna prasa, książeczki z imprimatur, opowieści dziadka organisty, zakonne media i rodzinne pogadanki budowały we mnie obraz człowieka świętego jako istoty niemal bezbłędnej. Święty nie tyle był grzesznikiem uświęconym przez łaskę, ile kimś, kto od kołyski do trumny poruszał się w aureoli nieomylności. Każde jego słowo nadawało się do cytowania. Każdy gest do naśladowania. Każda decyzja do postawienia na ołtarzu jako wzór.
Religijna laurka zamiast człowieka
W tej religijnej wyobraźni święty nie potykał się naprawdę. Mógł najwyżej mieć „trudności”, które i tak od razu zamieniały się w moralną lekcję dla maluczkich. Nie miewał głupich myśli, małych złośliwości, ślepych decyzji, chwil pychy, religijnych odlotów ani zwykłej ludzkiej głupoty. Nawet jeśli kiedyś popełnił coś złego, opowieść natychmiast to wygładzała, oprawiała w ramkę i przerabiała na budującą anegdotę. Tak powstaje człowiek z gipsu. Nie z krwi, potu, strachu, żądzy, gniewu, niewiedzy i łaski, ale z kościelnego materiału dekoracyjnego. A potem taki czytelnik, nauczony szukać w religii marmurowych autorytetów, otwiera Biblię i przeżywa zderzenie z czymś zupełnie innym.
Popkultura robi to samo
Podobnie zresztą działa popkultura. Ona też lubi bohaterów, którzy niby mają rysy, ale tak naprawdę rysy te tylko wzmacniają ich legendę. Harry Potter nigdy nie obudził się z poharataną twarzą w rowie po tym, jak wracał nad ranem na rowerze od Rona. Nigdy nie zakurzył dymka za szkołą, nie powiedział czegoś naprawdę podłego z czystej małości, nie zawiódł kogoś w sposób brzydki, nieestetyczny i nienadający się do muzyki filmowej. John Wayne nawet wtedy, gdy uosabiał szowinizm, alkohol i intelektualną biedę pewnego mitu męskości, nadal szedł przez ekran jako bohater, któremu w tle grała wesoła muzyka i celne strzały rewolweru. Bohaterowie kultury, tak jak święci z obrazków, często nie są ludźmi. Są narzędziami do produkowania zachwytu.
Pierwsze zderzenie z Biblią
I nagle taki człowiek otwiera Biblię. A tam niespodzianka. Noe upija się do nieprzytomności, a potem z jego rodzinnej katastrofy wyrasta przekleństwo. Lot, ostatni „sprawiedliwy”, którego obecność wstrzymuje sąd nad Sodomą, jest gotów wydać własne córki tłumowi gwałcicieli, żeby ochronić gości. Juda idzie na prostytutki i ma refleksję moralną tylko dlatego, że po fakcie kurtyzana okazała się jego synową. Dawid, król według serca Bożego, kradnie żonę wiernego żołnierza, a potem organizuje jego śmierć, bo zobaczył kobietę kąpiącą się pod swoim balkonem. Piotr, pierwszy w deklaracjach, pęka w ogniu doświadczeń i wypiera się Mistrza. Biblia nie zachowuje się jak hagiografia. Nie zasłania wstydu bohaterów firanką.
Bóg grzeszników, nie marmurowych figur
To właśnie może być pierwszy wielki szok kontaktu ze Słowem Bożym. Człowiek przyzwyczajony do religijnej propagandy oczekuje galerii wzorców, a dostaje historię ludzi. Nie ludzi idealnych, ale prawdziwych. Nie bohaterów bez skazy, ale grzeszników, których Bóg używa, prowadzi, karci, znosi, podnosi i nie porzuca. Biblia nie mówi przez to: „róbcie wszystko, co oni robili”. Biblia raczej mówi: „patrzcie uważnie, jacy są ludzie, nawet gdy są powołani, wybrani, namaszczeni, obdarowani i postawieni w centrum historii zbawienia”. To jest zupełnie inna lekcja niż ta, którą daje religijna laurka. W laurce człowiek święty ma potwierdzać, że religia produkuje egzemplarze doskonałe. W Biblii człowiek powołany potwierdza raczej, że Bóg naprawdę jest Bogiem grzeszników.
Opis to nie zawsze zalecenie
Problem zaczyna się wtedy, gdy czytelnik nie umie odróżnić opisu od zalecenia. Wtedy każde zdanie zapisane w Biblii staje się dla niego natychmiast „nauką biblijną”, choćby było kłamstwem węża, oskarżeniem faryzeuszy, krzykiem przestraszonego człowieka albo pieśnią triumfu po krwawej bitwie. Biblia mówi, że przeciwnicy Jezusa nazywali Go żarłokiem i pijakiem. Czy to znaczy, że Biblia naucza, iż Jezus był żarłokiem i pijakiem? Oczywiście, że nie. Każdy rozsądny czytelnik rozumie, że Pismo przytacza cudzy zarzut, a nie formułuje własną doktrynę. Ale ta elementarna ostrożność nagle znika, gdy podobne zdanie pada w ustach bohatera pozytywnego, proroka, króla, sędziego, reformatora albo człowieka pobożnego.
Debora głosem Boga w uszach ate
W poprzednim kazanku pisałem o książce Heleny Eilstein Biblia w ręku ateisty. To dobry przykład lektury, która miejscami trafnie zauważa moralne napięcia tekstu biblijnego, ale zarazem potrafi czytać Biblię metodą bardzo podobną do tej, którą stosują fundamentaliści. Eilstein oskarża Biblię między innymi o pochwałę postawy kobiety, która daje człowiekowi złudzenie schronienia, po czym go zabija. Chodzi oczywiście o Jael i Siserę oraz o pieśń Debory. Problem polega na tym, że Eilstein traktuje pieśń Debory tak, jakby każde jej słowo było automatycznie bezpośrednią nauką Boga. Skoro Debora śpiewa o Jael dobrze, to znaczy: „Biblia pochwala podstępne zabójstwo”. A to jest właśnie ten skrót myślowy, który trzeba zatrzymać i rozebrać na części.
Co znaczy „Biblia mówi”?
Zdanie „Biblia mówi” jest niebezpiecznie pojemne. Biblia mówi, że głupi rzekł w sercu swoim: „nie ma Boga”. Mówi, że przeciwnicy Jezusa widzieli w Nim pijaka i żarłoka. Że Piotr się zaparł, Dawid cudzołożył, Lot chciał wydać córki tłumowi, a Debora śpiewała o Jael jako błogosławionej między kobietami. Ale w każdym z tych przypadków „Biblia mówi” znaczy coś innego. Raz znaczy: Biblia przytacza kłamstwo. Innym razem: Biblia zapisuje grzech. Jeszcze innym: Biblia pokazuje ludzką interpretację wydarzeń. Dopiero czasem znaczy: Bóg objawia swoją wolę. Kto wrzuca te wszystkie poziomy do jednego worka, ten może cytować Biblię bez końca i ani razu jej uczciwie nie przeczytać.
Debora, Jael i pieśń zwycięstwa
Dobrym przykładem jest historia Jael i Sisery oraz pieśń Debory. Jael daje wrogowi złudzenie schronienia, a potem zabija go w namiocie. Debora śpiewa o niej z zachwytem. I teraz pojawia się pytanie: czy pieśń Debory jest automatycznie nieomylnym traktatem etycznym? Czy każde słowo tej pieśni spada z nieba jako wieczna norma moralna? Czy może mamy do czynienia ze starożytną pieśnią zwycięstwa, w której człowiek, stojąc po stronie ocalonego Izraela, opowiada krwawe wydarzenia językiem triumfu, ulgi i wojennej poezji? Ateistyczna krytyka Biblii często czyta takie miejsca równie fundamentalistycznie jak najgorsza chrześcijańska konserwa. Bierze zdanie, sprawdza, że wypowiedziała je postać pozytywna, zauważa, że narrator nie dopisał czerwonym flamastrem „uwaga, to złe”, i ogłasza: „Biblia pochwala podstępne morderstwo”.
Ateista i fundamentalista przy jednym stole
Tylko że część chrześcijan robi dokładnie to samo, ale w drugą stronę. Zamiast powiedzieć: „to jest zapis ludzkiej pieśni, ludzkiej historii, ludzkiego triumfu w świecie przemocy”, zaczynają bronić wszystkiego, co zrobił lub powiedział bohater biblijny. Jakby wiara w natchnienie Pisma oznaczała obowiązek bronienia każdego podstępu, każdej masakry, każdego patriarchalnego odruchu, każdej rodzinnej krzywdy i każdego religijnego pomysłu, który pojawił się w tekście. W ten sposób ateista i fundamentalista spotykają się przy jednym stole. Jeden mówi: „Biblia to pochwala, więc Biblia jest zła”. Drugi mówi: „Biblia to pochwala, więc to musi być dobre”. A może pierwszy błąd polega na tym, że obaj zbyt szybko uznali, że Biblia to pochwala.
Ezdrasz jako człowiek Pisma
Jeszcze mocniejszy przykład stanowi Ezdrasz. Warto od razu powiedzieć precyzyjnie: Ezdrasz nie jest przede wszystkim prorokiem w klasycznym sensie, lecz kapłanem, uczonym w Piśmie i religijnym reformatorem. To nawet wzmacnia cały problem. Nie mamy przed sobą przypadkowego awanturnika, pijaka spod namiotu ani pogańskiego tyrana. Mamy człowieka Pisma, człowieka modlitwy, człowieka przejętego świętością Boga i grzechem narodu. Właśnie dlatego historia z oddaleniem cudzoziemskich żon i dzieci jest tak przejmująca. Bo to nie wygląda jak kaprys bezbożnika. To wygląda jak decyzja religijnego autorytetu, który chce naprawić winę, ale cenę tej naprawy przerzuca na kobiety i dzieci.
Kiedy gorliwość staje się okrutna
Ezdrasz widzi realny problem. Lud przymierza miesza swoją tożsamość, wierność i posłuszeństwo Bogu z porządkami obcych kultów. To nie jest błahostka. To nie jest temat do zbycia wzruszeniem ramion. Ale odpowiedź, która pojawia się w tej historii, jest straszna: mężczyźni mają oddalić żony i potomstwo. Rodziny zostają potraktowane jak zanieczyszczenie, które trzeba usunąć z obozu. Ktoś powie: takie były czasy, taka była sytuacja, taki był dramat powrotu z wygnania. Owszem, można i trzeba rozumieć kontekst. Ale rozumieć nie znaczy bezmyślnie kanonizować. Bóg nie przemawia tam bezpośrednio słowami: „Tak mówi Pan, oddalcie żony i dzieci”. To ludzie, pod wpływem religijnego wstrząsu, zawierają jednostronne przymierze i postanawiają coś okrutnego, by piętnować swoje sumienia.
Biblia uczy myśleć przed Bogiem
To jest właśnie miejsce, w którym czytelnik przyzwyczajony do prowadzenia za rękę może się pogubić. Oczekuje, że narrator będzie jak nauczyciel w podstawówce: tu wpisze ocenę, tu podkreśli morał, tu powie, kto ma rację, komu klaszczemy, a kto powinien stanąć w kącie. Biblia bardzo często tego nie robi. Nie dlatego, że jest nieprzystępna, ale dlatego, że jest poważna. Biblia jest przystępna nie dlatego, że myśli za czytelnika, lecz dlatego, że uczy czytelnika myśleć przed Bogiem. Nie zamienia moralnego rozeznania w tabelkę z gotowymi rubrykami. Pokazuje ludzi w ich gorliwości, strachu, pobożności, ślepocie, skrusze i pysze, a potem rzuca to do przemyślenia.
Groźny przykład religijnej powagi
Ezdrasz jest więc znakomitym przykładem nie dlatego, że był „złym człowiekiem”. Właśnie przeciwnie: jest przykładem groźniejszym, bo był człowiekiem religijnie poważnym. Pobożny człowiek też może skrzywdzić innych w imię porządku, świętości i naprawy narodu. Może mieć rację co do diagnozy, a jednak pomylić się w lekarstwie. Płakać nad grzechem, a jednocześnie nie widzieć łez tych, którzy zapłacą cenę za jego reformę. Piętnować sumienie narodu, ale tak poprowadzić sprawę, że najbardziej oberwą ci, którzy mieli najmniej władzy. I właśnie dlatego nie wolno robić z każdego czynu biblijnego autorytetu prostej instrukcji dla własnego życia.
Skarbiec mądrości, nie instrukcja obsługi
Biblia jest cennym skarbcem mądrości właśnie dlatego, że nie spłaszcza życia do religijnych haseł. Nie robi z ludzi marmurowych pomników ani z każdej sceny instrukcji obsługi. Pokazuje człowieka takim, jaki jest, i Boga takim, jaki jest: cierpliwego, dobrego, świętego, działającego pośród ludzkiego chaosu. Jej mądrość nie polega na tym, że czytelnik ma bezmyślnie kopiować każdego bohatera, lecz na tym, że ma nauczyć się widzieć różnicę między wolą Boga a religijną gorliwością człowieka. To jest różnica absolutnie konieczna. Bez niej można wziąć własny lęk, własną surowość, własny religijny odruch albo własną potrzebę kontroli i nazwać to posłuszeństwem.
Współczesny błąd Ezdrasza
Błąd Ezdrasza nie skończył się wraz z Ezdraszem. On wraca zawsze wtedy, gdy człowiek religijny zaczyna składać Bogu ofiary, których Bóg od niego nie zażądał. Ktoś porzuca dobrą pracę, bo nagle uznaje, że nie może pracować w sobotę, choć nie dostał od Boga takiego nakazu, tylko przykleił sobie do sumienia jakąś interpretację. Inny rezygnuje ze studiów, bo wmówiono mu, że prawdziwy chrześcijanin powinien robić tylko rzeczy „pożyteczne dla Królestwa”. Jeszcze ktoś nie zostaje muzykiem rockowym, choć ma talent, pasję i czyste sumienie, bo boi się, że gitara z przesterem brzmi dla Boga zbyt podejrzanie. Ktoś odcina się od niewierzących rodziców albo przyjaciół, nie dlatego, że prowadzą go do zła, ale dlatego, że pomylił świętość z izolacją.
Ofiara złożona własnemu lękowi
Znam brata, który nie został rockowym muzykiem, bo myślał, że Bóg by tego nie chciał. Nie dlatego, że muzyka prowadziła go do rozpusty, narkotyków, pychy albo zdrady sumienia. Nie dlatego, że usłyszał od Boga wyraźne: „nie idź tą drogą”. Raczej dlatego, że w jego głowie powstał obraz Boga, który krzywi się na gitarę z przesterem, podejrzliwie patrzy na scenę i bardziej ceni zmarnowany talent niż człowieka robiącego coś dobrze, uczciwie i z radością. Być może ten brat nie złożył ofiary Bogu. Być może złożył ofiarę religijnemu wyobrażeniu o Bogu. A takie wyobrażenia potrafią być bardzo pobożne z zewnątrz i bardzo okrutne od środka.
Krzyż to nie pogarda dla życia
Ktoś inny może uznać, że chrześcijaństwo wymaga podejrzliwości wobec każdej przyjemności. Nie pójdzie na koncert, nie zatańczy, nie pojedzie na wakacje, nie kupi sobie ładnej rzeczy, nie odpocznie bez poczucia winy, bo „uczeń Chrystusa powinien nieść krzyż”. Tylko że krzyż nie jest neurotyczną pogardą dla życia. Bóg nie musi być autorem każdej rezygnacji, którą religijny człowiek potrafi uzasadnić pobożnym tonem. Można zrezygnować z dobra nie dlatego, że Bóg wezwał do większego dobra, ale dlatego, że ktoś w naszej głowie zamienił Boga w surowego urzędnika od zakazów. Można stracić radość, talent, relacje i wolność, a potem jeszcze uważać tę stratę za dowód duchowej dojrzałości.
Nie każda strata jest ofiarą
Oczywiście, czasem Bóg naprawdę prowadzi człowieka do trudnej decyzji. Czasem trzeba odejść z pracy, która wymaga kłamstwa, krzywdzenia ludzi albo deptania własnego sumienia. Może trzeba zerwać relację, która ciągnie w przemoc, zdradę, manipulację albo upodlenie. Czasem trzeba zrezygnować z kariery, która pożera duszę i zostawia człowieka pustym, choć z pełnym kontem. Ale czym innym jest posłuszeństwo wobec rozpoznanej woli Boga, a czym innym religijna panika przebrana za świętość. Nie każda rzecz kosztowna jest święta. Strata nie zawsze jest ofiarą. Nie każde „zrobiłem to dla Boga” znaczy, że Bóg tego chciał.
Biblia jest jasna, ale nie płaska
Właśnie dlatego Biblia tak często zostawia czytelnika z przestrzenią do rozeznania. Ona nie jest prostacka. Jest jasna tam, gdzie ma być jasna, ale nie jest płaska. Uczy patrzeć na całość, a nie wyrywać jedno zdanie z jednej sceny i budować na nim religijną machinę. Uczy zestawiać gorliwość z miłością, prawo z miłosierdziem, litery z duchem, decyzje bohaterów z charakterem Boga objawionym w całej historii. Czytelnik, który zna tylko jeden fragment, może zachwycić się czymś, czym później powinien się przerazić. Czytelnik, który poznaje więcej, zaczyna widzieć głębiej. I może właśnie o to chodzi: nie o to, żeby zatrzymać się na pierwszym religijnym odruchu, ale żeby dojrzewać razem z lekturą.
Autorytet nie zwalnia z myślenia
To dojrzewanie jest potrzebne szczególnie wtedy, gdy mamy do czynienia z autorytetem. Bo autorytet potrafi usypiać sumienie. Skoro powiedział to król, prorok, kapłan, reformator, sędzia, święty, pastor, ksiądz, rabin, teolog, autor z imprimatur, człowiek z długą brodą i poważnym głosem albo Chat GPT, to może nie trzeba już myśleć. Może wystarczy powtórzyć. Biblia rozbija ten mechanizm. Pokazuje, że Dawid może być królem i cudzołożnikiem. Piotr apostołem i tchórzem. Ezdrasz uczonym w Piśmie i człowiekiem zdolnym do decyzji, która rani najsłabszych. Debora bohaterką Izraela i autorką pieśni, której nie wolno czytać jak podręcznika etyki dla chrześcijan. Bóg może działać przez ludzi, ale ludzie nie stają się przez to fontannami nieomylności.
Bóg nie potrzebuje retuszu
To powinno otrzeźwiać zarówno ateistów, jak i wierzących. Ateista nie powinien brać dowolnego zdania z Biblii i ogłaszać: „oto moralność Boga”, tylko dlatego, że zdanie pojawiło się w świętej księdze. Wierzący nie powinien bronić każdej decyzji biblijnego bohatera, jakby od tego zależała wiarygodność Boga. Wiarygodność Boga nie zależy od tego, czy usprawiedliwimy każdy ludzki odruch zapisany w Biblii. Przeciwnie: wielkość Boga widać właśnie w tym, że On nie potrzebuje propagandowego retuszu. Nie potrzebuje udawać, że Jego ludzie zawsze byli mądrzy, czyści, sprawiedliwi i bezpieczni dla otoczenia. Bóg Biblii nie boi się prawdy o człowieku.
Biblia jest opowieścią o prawdziwych ludziach
Dlatego pierwsze spotkanie ze Słowem Bożym może być tak wyzwalające. Człowiek odkrywa, że Biblia nie jest albumem świętych obrazków. Nie jest muzeum porcelanowych figurek z oczami wzniesionymi ku niebu. Nie jest też zbiorem komend, w którym każde opisane zachowanie należy natychmiast zamienić w zasadę życia. Biblia jest opowieścią o Bogu, który działa pośród prawdziwych ludzi. A prawdziwi ludzie są zdolni do wiary i zdrady, modlitwy i przemocy, skruchy i pychy, odwagi i głupoty, wielkich słów i małych czynów. Bóg nie knebluje ich wolności. Pozwala im mówić, wybierać, błądzić, ponosić konsekwencje i czasem boleśnie dojrzewać.
Prawda o człowieku i łaska Boga
Bohaterowie biblijni nie są więc wzorami do bezkrytycznego kopiowania. Są świadkami prawdy o człowieku i o Bogu. Pokazują, że nie ma ludzi bez grzechu, a jednocześnie że grzech człowieka nie unieważnia Bożej cierpliwości. Że powołanie nie jest automatyczną nieomylnością, gorliwość nie zawsze jest miłością, a religijny autorytet nie zawsze ma rację. Pokazują też, że Bóg jest dobry nie dlatego, że otacza się ludźmi doskonałymi, ale dlatego, że potrafi prowadzić historię przez ludzi, którzy bez łaski nie nadawaliby się nawet na bohaterów własnej biografii. I może właśnie dlatego Biblia jest tak wielkim skarbcem mądrości: nie kłamie o człowieku, żeby obronić Boga. Pokazuje człowieka w prawdzie, a Boga w łasce.
Nie ma idealnych ludzi
Jeśli, Drogi Czytelniku, miałbyś jeszcze wątpliwości, czy na pewno bohaterowie opisani w Biblii nie są nieomylni, zacytuję Pawła apostoła, który powiela znaną z Biblii prawdę:
Jak napisano: Nie ma ani jednego sprawiedliwego, Nie masz, kto by rozumiał, nie masz, kto by szukał Boga; Wszyscy zboczyli, razem stali się nieużytecznymi, nie masz, kto by czynił dobrze, nie masz ani jednego.
List Pawła do Rzymian 3:10-12
Dwa rozdziały później to powtarza:
Przeto jak przez jednego człowieka grzech wszedł na świat, a przez grzech śmierć, tak i na wszystkich ludzi śmierć przyszła, bo wszyscy zgrzeszyli.
List Pawła do Rzymian 5:12
Podsumowanie
Zaznaczę na koniec, że to moja własna ocena postępowania ludzi, których kroniką jest Biblia. Ktoś może uznać, że Ezdrasz słusznie kazał Izraelitom rozwieść się z żonami i moim zdaniem, nie ma to wpływu na jego zbawienie. Jeśli ktoś ufa Bogu, będzie w wieczności. Jeśli jednak spotkam współczesnego Ezdrasza, powiem mu “głupotę zrobiłeś” lub “głupstwo planujesz”. Myślę, że końcowa plansza życia zatytułowana Game Over z punktacją może być zaskoczeniem zarówno dla mnie jak i dla nich. Ale za punkty z uczynków i wniosków otrzymamy co najwyżej skarby w niebie. Nasze wybory mają też wpływ na życie doczesne, ale jeśli ktoś postępuje według własnego sumienia, nie ma się o co martwić w kontekście zbawienia.











Co o tym myślisz?
Jeśli spodobał Ci się ten referat i pobudził Cię do przemyśleń, podziel się tym w komentarzu lub pisząc do mnie. Jeśli dzięki temu artykułowi udało Ci się spojrzeć na tą kwestię z innej perspektywy to spełnił on zamierzony cel. Jeśli po lekturze skłaniasz się do zmiany swoich poglądów lub utwierdziłeś się w swoich przemyśleniach, które są sprzeczne z moimi to również chwała Bogu. Pomóż i mi znaleźć prawdę, dzieląc się ze mną i innymi czytelnikami swoimi argumentami na ten temat.