Niewolnik
Wszetecznik
Kup Niewolnika – wydanie papierowe:
https://Amazon.pl/dp/B0HCLSGZFT
Pobierz Niewolnika w formacie EPUB:
https://Wszetecznik.pl/Niewolnik.epub
Pobierz Niewolnika w formacie PDF:
https://Wszetecznik.pl/Niewolnik.pdf
Wersja audio książki jest w przygotowaniu.
Spis treści
- Prolog — Słowa pracują krócej niż ludzie
- I. Trzynaście godzin za osiem
- II. Urodziłem się w kraju, którego już nie ma
- III. Chłop, wieśniak, rolnik
- IV. Człowiek na sprzedaż
- V. Wolny obywatel potrzebuje wolnego czasu
- VI. Dług starszy niż moneta
- VII. Państwo płaci zbożem
- VIII. Jedno słowo, osiemset życiorysów
- IX. Ogród, pot i pierwszy wolny dzień
- X. Pierwsza niewolnica ma imię
- XI. Z domu niewoli do domu Boga
- XII. Sześć lat, siódmy rok i worek na drogę
- XIII. Cudzoziemiec, którego nie obejmował reset
- XIV. Wolność ogłoszona, niewolnicy z powrotem
- XV. Pensja przed zachodem i wół bez kagańca
- XVI. Kiedy Grecy musieli wybrać
- XVII. Syn, najemnik i niewolnik
- XVIII. Pan zakłada fartuch
- XIX. Apostoł w domu niewolnika
- XX. Bóg mieszka również pod numerem celi
- XXI. Pan, którego nosisz we krwi
- XXII. Stocznia i Egipt
- XXIII. Umowa bez wyjścia
- XXIV. Koszulka z napisem FREEDOM
- XXV. Telefon, który nie zna własnego pochodzenia
- XXVI. Kuter bez wyjścia
- XXVII. Cegła na zaliczkę
- XXVIII. Pomidor na czarno
- XXIX. Kto trzyma drugi koniec łańcucha?
- XXX. Nie odsyłaj go do pana
- Posłowie
- WYRWANY ROZDZIAŁ — Ocenzurowane strony
- Podziękowania
PROLOG
Słowa pracują krócej niż ludzie
Słowa związane z pracą zużywają się wyjątkowo szybko.
Kiedyś był robotnik. Robotnik budował kraj, maszerował na sztandarach i patrzył z pomników w przyszłość, zwykle trzymając młot większy od własnego tułowia. Dziś słowo brzmi tak, jakby za chwilę miała pojawić się kufajka, łopata i sekretarz partii z przygotowanym przemówieniem.
Robotnik został pracownikiem.
Śmieciarz awansował na pracownika gospodarki komunalnej, a w ambitniejszym ogłoszeniu na specjalistę do spraw recyklingu. Fryzjer męski został barberem. Sekretarka — office managerką. Akwizytor — przedstawicielem handlowym. Sprzątaczka — operatorką utrzymania czystości.
Kurtyzana została prostytutką, prostytutka — pracownicą seksualną, a ostatnio sex workerką. Zawód wyprodukował przy okazji dwie z najmocniejszych polskich obelg, a słowo „kurwa” zrobiło większą karierę międzynarodową niż niejeden rodzimy przedsiębiorca.
Usługa pozostała podobna.
Rebranding objął stanowisko.
Człowiek nadal wynosi śmieci, strzyże włosy, odbiera telefon albo szoruje podłogę. Zmienia się tabliczka. Niekiedy cena usługi. Rzadziej wypłata.
Nie zawsze chodzi o zwykłe nadymanie stanowiska. Niektóre słowa nasiąkają pogardą. Zaczynają oznaczać nie wykonywaną pracę, lecz miejsce człowieka w hierarchii. Wtedy wymienia się nazwę, jakby zmiana etykiety mogła wyprać historię.
„Chłop” był nazwą stanu społecznego. Potem stał się bohaterem politycznym, koleżeńskim zwrotem i obelgą. „Wieśniak” oznaczał mieszkańca wsi, a dziś częściej człowieka, który nie wie, którym widelcem je się przystawkę. „Rolnik” brzmi zawodowo, nowocześnie i dobrze pasuje do wniosku o dopłatę.
Służąca zniknęła niemal całkowicie. Dziś pracuje pomoc domowa. Lokaj pozostał w filmach kostiumowych, chociaż człowiek wykonujący dokładnie jego obowiązki może być zatrudniony przez agencję jako pracownik obsługi rezydencji. Niewolnik zniknął z legalnego rynku pracy. Przynajmniej z nazwy.
Język pracuje nad naszym samopoczuciem. Firma nie zwalnia. Restrukturyzuje zatrudnienie. Nie obniża pensji. Zmienia model wynagradzania. Nie odbiera pracownikowi bezpieczeństwa. Uelastycznia współpracę. Nie każe wykonywać bezpłatnej pracy po godzinach. Buduje kulturę zaangażowania.
Człowiek może przez trzynaście godzin wozić śmieci, otrzymać zapłatę za osiem i nadal figurować w dokumentach jako ceniony członek zespołu. Można odebrać mu pięć godzin życia, a następnie podziękować za wkład w rozwój organizacji. Kradzież czasu w koszuli i identyfikatorze przestaje wyglądać jak kradzież. Wygląda jak polityka firmy.
Nazwy zmieniają się szybciej niż stosunki między ludźmi. I właśnie dlatego dziwi jedno stare hebrajskie słowo. Ebed. Nie awansowało na specjalistę. Nie przeszło rebrandingu. Nie wymieniono go, gdy zaczęło źle brzmieć.
Przez tysiące lat mogło oznaczać niewolnika kupionego za pieniądze, człowieka odpracowującego dług, sługę w domu, poddanego króla, urzędnika państwowego, żołnierza, ministra, proroka, czciciela Boga albo cały naród.
W jednym miejscu ebed jest człowiekiem, którego można sprzedać. W drugim zarządza majątkiem. W trzecim stoi przed królem i mówi: „twój ebed”. W czwartym sam król nazywa siebie ebedem Boga.
Polszczyzna rozdziela te osoby między różne szuflady. Niewolnik trafia do historii przemocy. Sługa do pałacu albo kościoła. Pracownik do zakładu. Urzędnik do administracji. Minister do limuzyny.
Hebrajski wrzuca ich do jednego słowa.
Nie dlatego, że wszystkie te osoby żyły tak samo. Różnica między człowiekiem sprzedanym na targu a ministrem wychodzącym z pałacu o własnych siłach jest dość wyraźna, nawet bez doktoratu z filologii.
Łączy ich coś innego.
Każdy wykonuje czyjąś wolę. Każdy komuś służy. Każdy pozostaje w relacji, w której ktoś wydaje polecenie, a ktoś je spełnia.
Słowo się nie zmieniało. Zmieniały się życiorysy, które do niego wkładano. Ebed nasiąkał nimi przez stulecia jak stara belka dymem: pracą, honorem, przemocą, lojalnością, karierą, kultem, wyzyskiem i miłością.
Dziś potrzebujemy kilku słów, by poczuć się bezpiecznie. Pracownik nie jest sługą. Sługa nie jest niewolnikiem. Urzędnik nie jest poddanym. Minister nikomu nie usługuje, tylko pełni funkcję publiczną.
Ebed nie pozwala tak łatwo rozstawić parawanów.
Zadaje niewygodne pytanie: czy między pracownikiem, sługą i niewolnikiem naprawdę istnieją trzy osobne światy, czy raczej jedna długa skala zależności?
Granica niewątpliwie istnieje.
Tylko czasami rozwiewa się jak dym.
ROZDZIAŁ I
Trzynaście godzin za osiem
Miał płacone za osiem godzin.
Pracował trzynaście.
Nie na platformie wiertniczej, nie przy ratowaniu miasta po trzęsieniu ziemi i nie w czasie wojny. Jeździł śmieciarką po Gdyni.
Trasa była rozpisana tak, że nie dało się jej skończyć w ciągu opłaconej zmiany. Pięć dodatkowych godzin nie stawało się jednak nadgodzinami. Stawało się winą kierowcy.
Za wolno pracował.
To bardzo wygodny wynalazek. Firma układa zadanie na trzynaście godzin, płaci za osiem, a następnie informuje człowieka, że pozostałe pięć sam sobie zrobił. Jakby po skończeniu zmiany dla rozrywki jeździł po mieście, podnosił kubły i zastanawiał się, czy nie dorzucić jeszcze kilku ulic, bo Netfliksa może obejrzeć na emeryturze.
Rozmawiałem z nim kilka miesięcy po tym, jak zrezygnował. Nie twierdził, że był niewolnikiem. Mówił, że pracował. Tylko jak nazwać pięć godzin dziennie, które ktoś bierze, ale za nie nie płaci? Prezent? Wolontariat? Program lojalnościowy, w którym po zebraniu tysiąca darmowych nadgodzin otrzymuje się ból kręgosłupa gratis?
Prawo przewiduje wynagrodzenie za nadgodziny. Prawo przewiduje również Inspekcję Pracy, sądy i możliwość dochodzenia roszczeń. Wszystko jest na swoim miejscu. Na papierze pracownik stoi wyprostowany, trzyma kodeks w dłoni i patrzy pracodawcy prosto w oczy.
W prawdziwym życiu patrzy na grafik.
Kiedy moja żona miała problem ze swoim pracodawcą, prawnik powiedział jej mniej więcej tak:
— Może pani z tym walczyć. Prawdopodobnie pani wygra. Za dwa lata dostanie pani pieniądze. Jeśli zależy pani na tej pracy, lepiej tego nie ruszać.
Piękne streszczenie różnicy między posiadaniem prawa a możliwością skorzystania z niego.
Człowiek może mieć rację, dowody i przepisy po swojej stronie. Pracodawca nadal posiada jego następną zmianę.
Do sądu trzeba napisać. Trzeba przeczytać odpowiedź, zgromadzić dokumenty, znaleźć świadków, pamiętać daty, stawiać się na wezwania i przez miesiące albo lata nosić sprawę w głowie. Nikt nie zapłaci za nadgodziny spędzone nad odzyskiwaniem pieniędzy za nadgodziny, za które wcześniej nie zapłacono.
Pracownik dochodzi zapłaty, wykonując kolejną bezpłatną pracę. Oczywiście można odejść. To słowo załatwia prawie każdą dyskusję o złych warunkach pracy. Nie podoba się? Odejdź. Nikt cię nie przywiązał.
Masz wolny rynek, wolny wybór i wolne drzwi. Możesz przez nie wyjść, a za nimi swobodnie nie mieć pieniędzy na czynsz.
Wolność odejścia istnieje. Tylko nie dla każdego kosztuje tyle samo.
Jeden pracownik rzuca wypowiedzenie, odpoczywa miesiąc i przegląda oferty. Drugi po dwóch tygodniach nie ma za co kupić jedzenia. Trzeci utrzymuje dzieci. Czwarty spłaca kredyt. Piąty mieszka w małej miejscowości, gdzie następny pracodawca jest kuzynem poprzedniego, a trzeci prowadzi zakład pogrzebowy i przyjmuje dopiero po śmierci.
Drzwi są otwarte.
Za drzwiami różnie bywa.
Przez większą część historii nikt nawet nie udawał, że pracownik sam ustala granice swojego czasu. Pracowało się, dopóki zadanie nie zostało wykonane, słońce nie zaszło albo człowiek nie padł. Żniwa, połów i praca na roli miały własny rytm. Warsztat miał zamówienie. Dwór miał potrzeby. Kopalnia miała dół. Dół nie pytał, czy człowiek ma jeszcze siłę z niego wyjść.
Fabryka przyniosła coś nowego.
Zegar.
Nie pytał, czy but został uszyty, pole zebrane albo klient obsłużony. Pytał, o której człowiek wszedł i o której wolno mu wyjść. Praca przestała pożerać tylko siłę. Zaczęła pożerać czas w równych, policzalnych kawałkach.
Godzina człowieka dostała cenę.
Najpierw bardzo niską.
Fabryki chętnie zatrudniały kobiety i dzieci. Nie dlatego, że właściciele szczególnie cenili różnorodność zespołu. Byli tańsi, słabsi i mieli mniejsze możliwości protestu. Małe ręce dobrze mieściły się między elementami maszyn. Czasem mieściły się tam tylko raz.
Ograniczenia pracy dzieci, długości dnia i warunków zatrudnienia nie pojawiły się dlatego, że rynek dojrzał emocjonalnie. Ktoś opisał połamane ciała. Ktoś opublikował raport. Ktoś zastrajkował. Ktoś oberwał.
Ktoś nie wrócił do pracy, dopóki właściciel nie zgodził się, że człowiek potrzebuje również czasu, w którym nie przynosi mu zysku.
Dziś osiem godzin wygląda jak naturalna część świata. Doba ma dwadzieścia cztery, więc osiem na pracę, osiem na sen i osiem na życie. Równiutko. Jakby sam Stwórca podpisał grafik.
Tylko że osiem godzin nie spadło z nieba. Ktoś musiał je wyrwać z dnia pracy, który potrafił trwać dziesięć, dwanaście albo szesnaście godzin. I nawet te osiem jest pewną fikcją.
Dojazd nie liczy się jako praca. Przygotowanie ubrania, posiłku i sprzętu też nie. Telefon od przełożonego po godzinach pojawia się w czasie wolnym, ale dziwnym trafem dotyczy obowiązków służbowych. Człowiek kończy zmianę o szesnastej, wraca do domu o siedemnastej, przez godzinę dochodzi do siebie i ma przed sobą wieczór tak bogaty w możliwości jak pakiet Internetu po wyczerpaniu transferu — nielimitowane pięć kilobajtów na sekundę.
Praca nie zawsze kończy się po wyjściu z zakładu. Dziś człowiek pracuje osiem godzin, a potem promuje swoją pracę. Kręci rolki. Pisze posty. Odpowiada na komentarze. Fotografuje produkty. Uczy się nowego algorytmu, który za trzy miesiące zostanie zmieniony, żeby mógł nauczyć się następnego. Robi to, żeby pozyskać klienta. Klient może się pojawić albo nie. Platforma zarabia natychmiast.
To również jest praca. Nie ma stawki godzinowej, urlopu ani gwarancji, że przyniesie jakikolwiek efekt. Producent treści dostarcza serwisowi materiał, oglądalność, dane i ruch, a w zamian otrzymuje możliwość dalszego bezpłatnego produkowania treści.
Dawniej pracownik wynosił z fabryki pył na ubraniu.
Dziś nosi fabrykę w kieszeni.
Telefon służbowy, aplikacja kurierska, lokalizator GPS w samochodzie, system mierzący czas dostawy — to nie są kajdany. Pół żartem można je jednak nazwać nowoczesną obrożą. Dawna obroża mówiła przechodniowi, do kogo należy zbieg. Dzisiejszy lokalizator mówi pracodawcy, gdzie znajduje się samochód, jaką wybrał trasę i dlaczego przez siedem minut stał pod blokiem.
Może kierowca wnosił paczkę. Może szukał adresu. Może był człowiekiem i poszedł się odlać. System nie ocenia człowieczeństwa. Rejestruje postój. Wolność w pracy nie polega więc tylko na tym, że nikt nie może człowieka sprzedać. Liczy się to, kto posiada jego czas. Czy wolno mu odejść. Ile kosztuje odmowa. Co stanie się z jego rodziną, jeśli zachoruje.
Czy po latach pracy ma dom, oszczędności i fach, czy tylko rachunki, zużyte ciało i hasło do firmowego systemu, które przestało działać pięć minut po zwolnieniu.
Kierowca śmieciarki był wolnym człowiekiem. Mógł odejść. Odszedł. Firma zapewne znalazła następnego wolnego człowieka, który przez trzynaście godzin będzie otrzymywał wynagrodzenie za osiem. To nie znaczy, że niewolnictwo powróciło. Znaczy, że wolność sama się nie pilnuje. Osiem godzin nie spadło z nieba.
Poprzednie kazanko
Następne kazanko











[…] Ezdrasz widzi realny problem. Lud przymierza miesza swoją tożsamość, wierność i posłuszeństwo Bogu z porządkami obcych kultów. To nie jest błahostka. To nie jest temat…