ROZDZIAŁ XXII
Stocznia i Egipt
Stocznia Gdańska nie była Egiptem faraona. Robotnicy PRL nie stanowili dziedzicznej własności dyrektora, ich dzieci nie zostały wrzucone do Motławy, a niewykonanie planu nie kończyło się automatycznie kijem nadzorcy.
Zrównanie tych rzeczy byłoby historycznie głupie i obraźliwe dla ofiar rzeczywistego niewolnictwa. Nie porównujemy rozmiaru przemocy. Przyglądamy się mechanizmowi pracy, władzy i protestu.
Pięć miesięcy do emerytury
Anna Walentynowicz była suwnicową w Stoczni Gdańskiej imienia Lenina. Pracowała tam prawie trzydzieści lat, działała w Wolnych Związkach Zawodowych i upominała się o innych pracowników.
7 sierpnia 1980 roku została dyscyplinarnie zwolniona. Do emerytury brakowało jej pięciu miesięcy. Dyrekcja pozbyła się jednej kłopotliwej suwnicowej. Tydzień później stanęła stocznia.
Strajk rozpoczął się 14 sierpnia. Pierwsze żądania były konkretne: przywrócić Walentynowicz i wcześniej zwolnionego Lecha Wałęsę, podnieść płace, zagwarantować bezpieczeństwo protestującym oraz wznieść pomnik robotników zabitych w Grudniu 1970 roku.
Nie zaczęło się od obalenia komunizmu. Zaczęło się od kobiety, której kazano odejść tuż przed emeryturą. Historia czasem wchodzi wielką bramą. Tym razem wjechała suwnicą.
Praca staje
Strajk jest osobliwym użyciem pracy. Robotnik nie niszczy maszyny, nie zabiera statku ani nie wywozi narzędzi. Po prostu przestaje dostarczać to, co naprawdę należy do niego: własne ręce.
Dopóki pracuje pojedynczo, zakład może go zastąpić, zastraszyć albo wyrzucić. Kiedy zatrzymuje się cała załoga, nieruchomieją dźwigi, transport, produkcja i plan zapisany przez ludzi, którzy sami nie spawają kadłubów.
Nagle okazuje się, że robotnik nie jest dodatkiem do stoczni.
Bez robotnika stocznia staje się dużą kolekcją blach.
Do protestu dołączały kolejne zakłady Trójmiasta: porty, komunikacja, inne stocznie i przedsiębiorstwa. Władze zablokowały telefoniczną łączność Wybrzeża z resztą kraju, ponieważ rozmowa pomiędzy pracownikami zaczęła wyglądać niebezpieczniej niż przerwa w produkcji.
Strajk prawie kończy się zwycięstwem
16 sierpnia dyrekcja zgodziła się na znaczną część stoczniowych żądań. Walentynowicz i Wałęsa mieli wrócić do pracy, załoga dostać podwyżkę, a protestujący gwarancję bezpieczeństwa.
Lech Wałęsa ogłosił zakończenie strajku.
Robotnicy zaczęli wychodzić.
Problem polegał na tym, że inne zakłady zatrzymały pracę w solidarności ze stocznią i nadal nie miały porozumień. Największy zakład właśnie zdobył swoje i zamierzał wrócić do domu, zostawiając mniejszych kolegów przed dyrekcjami, które zdążyły już zapamiętać ich nazwiska.
Anna Walentynowicz, Alina Pienkowska, Ewa Ossowska oraz inni uczestnicy protestu próbowali zatrzymać wychodzących. O kontynuowanie strajku apelowała także Henryka Krzywonos, reprezentująca komunikację miejską.
Większość załogi zdążyła opuścić teren. Zostało około siedmiuset osób. Strajk, który formalnie wygrał, musiał zostać uratowany przed własnym zakończeniem.
Nie wychodzimy sami
Wałęsa zmienił decyzję i ogłosił strajk solidarnościowy. W nocy z 16 na 17 sierpnia przedstawiciele różnych zakładów utworzyli Międzyzakładowy Komitet Strajkowy.
To był moment ważniejszy niż kolejna podwyżka.
Robotnik stoczni przestał negocjować wyłącznie cenę własnej pracy. Powiedział, że nie uruchomi zakładu, dopóki ludzie z mniejszych przedsiębiorstw nie otrzymają ochrony.
Solidarność nie była jeszcze nazwą wielkiego związku.
Najpierw była decyzją, żeby nie wyjść samemu.
Właśnie wtedy pojedynczy konflikt zakładowy zmienił się w problem państwa. Dyrektor mógł rozmawiać z własną załogą. Znacznie trudniej było mu podpisać porozumienie z portem, tramwajami, rafinerią, inną stocznią i połową gospodarki stojącą za bramą.
Pracownik pojedynczy prosi.
Pracownicy razem zaczynają używać liczby mnogiej, której władza nigdy szczególnie nie lubiła.
Dwadzieścia jeden desek do trumny systemu
17 sierpnia Międzyzakładowy Komitet Strajkowy opracował 21 postulatów. Zapisano je na dużych tablicach ze sklejki i wywieszono przy bramie stoczni.
Pierwszy dotyczył zgody na niezależne od partii i pracodawców wolne związki zawodowe. Drugi żądał prawa do strajku oraz bezpieczeństwa dla strajkujących. Dalej pojawiały się między innymi wolność słowa, uwolnienie więźniów politycznych, podwyżki, lepsze zaopatrzenie, skrócenie oczekiwania na mieszkania, poprawa ochrony zdrowia i obniżenie wieku emerytalnego.
Ostatni postulat domagał się wszystkich sobót wolnych od pracy. Program przebudowy państwa zapisano na sklejce. Papier najwyraźniej nie miał odpowiedniej nośności.
Partia robotnicza i robotnicy
Pierwszy postulat trafiał w centrum ustroju. Polska Rzeczpospolita Ludowa przedstawiała się jako państwo robotników i chłopów. Władzę sprawowała partia mająca w nazwie przymiotnik „robotnicza”.
Robotnicy zażądali jednak związku niezależnego od tej partii.
Było to głosowanie nogami przeprowadzone wewnątrz zakładu pracy. Ludzie, w imieniu których państwo rzekomo sprawowało władzę, chcieli własnego przedstawicielstwa, ponieważ oficjalne instytucje reprezentowały ich tak skutecznie, że musieli zamknąć bramę i przestać pracować.
W kapitalizmie związek zawodowy negocjuje z właścicielem przedsiębiorstwa. W PRL po drugiej stronie stołu siedziało państwo będące jednocześnie właścicielem zakładów, ustawodawcą, policją, dużą częścią prasy i organizatorem oficjalnych związków.
Partner negocjacyjny miał wiele kapeluszy.
Pod każdym znajdowała się ta sama głowa.
Cegły bez słomy
W Księdze Wyjścia faraon odpowiada na żądanie święta odebraniem słomy potrzebnej do produkcji cegieł. Norma pozostaje bez zmian. Kiedy robotnicy jej nie wykonują, władca nazywa ich leniwymi.
PRL nie był Egiptem, ale znał podobny odruch administracyjny. Kiedy pracownik zgłaszał problem z warunkami, płacą albo zaopatrzeniem, protest można było nazwać polityczną prowokacją, sabotażem albo — jak pisała propaganda o strajkach — „nieuzasadnioną przerwą w pracy”.
System miał trudność z przyjęciem informacji, że źle działa. Znacznie łatwiej było uznać, że źle działa robotnik. Faraon zabiera słomę i pyta o cegły. Biurokracja dostarcza plan i pyta o wykonanie. Brakuje materiałów? Widocznie załoga nie wykazała odpowiedniej inicjatywy.
Wolna sobota nie spadła z nieba
Ostatni z 21 postulatów dotyczył czasu. Strajkujący żądali wszystkich sobót wolnych od pracy, a dla zatrudnionych w ruchu ciągłym — odpowiedniej rekompensaty w dniach wolnych.
Dziś sobota wygląda jak naturalny składnik tygodnia. Wisi pomiędzy piątkiem a niedzielą, więc łatwo uznać, że została tam umieszczona podczas stworzenia kalendarza.
Nie została.
Ktoś musiał wpisać ją na listę żądań i stanąć za bramą, ryzykując pracę oraz bezpieczeństwo. W 1981 roku sprawa wolnych sobót nadal wywoływała konflikt, a porozumienie jastrzębskie przewidywało ich stopniowe wprowadzanie.
Biblijny szabat nie jest tym samym co nowoczesny weekend. W obu przypadkach czas wolny pojawia się jednak jako granica władzy nad pracującym ciałem.
Na tablicach nie zapisano Księgi Powtórzonego Prawa.
Zapisano sobotę.
Podpis
31 sierpnia 1980 roku przedstawiciele Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego i komisji rządowej podpisali porozumienie gdańskie. Władze zgodziły się między innymi na powstanie niezależnych, samorządnych związków zawodowych oraz prawo do strajku.
Wałęsa podpisał dokument dużym długopisem z wizerunkiem papieża. Przedmiot wyglądał tak, jakby szkolny piórnik został mianowany narzędziem zmiany ustroju.
Strajk zakończył się po dwóch tygodniach.
Robotnicy wrócili do pracy, ale nie wrócili już jako pojedyncze załogi zamknięte we własnych zakładach. Powstała „Solidarność”, do której w ciągu następnych miesięcy przystąpiło niemal dziesięć milionów ludzi.
Partia robotnicza odkryła, że robotnicy potrafią się zorganizować bez jej pomocy.
Co gorsza, robili to znacznie sprawniej.
Właściciel zmienia zdanie
W Księdze Wyjścia faraon najpierw pozwala Izraelitom odejść, a następnie przelicza straconą siłę roboczą i rusza za nimi z wojskiem.
W Polsce porozumienie również nie zakończyło sporu.
13 grudnia 1981 roku wprowadzono stan wojenny. Zawieszono działalność związków zawodowych, wyłączono telefony, ograniczono przemieszczanie się, zmilitaryzowano część zakładów i internowano tysiące działaczy. Strajki przeciwko tej decyzji tłumiono siłą.
Władza podpisała zgodę na niezależny związek.
Po szesnastu miesiącach przyszła po niego w nocy.
To nie jest dowód, że PRL był Egiptem. Jest to kolejny przypadek systemu, który chętnie mówi o ludziach pracy, dopóki ludzie pracy nie zaczną mówić własnym głosem.
Brama
Stoczniowcy nie wywalczyli świata bez pracy. Po podpisaniu porozumień wrócili do suwnic, palników, dźwigów, hal i kadłubów.
Zmieniło się coś innego.
Pracownik miał otrzymać prawo do własnej organizacji, własnego przedstawiciela i zbiorowego „nie”. Nie stawał się przez to właścicielem zakładu ani człowiekiem niezależnym od wypłaty. Przestawał jednak stać samotnie przed dyrektorem oraz państwem.
Egipt opierał się na tym, że każdy zespół odpowiadał za swoją normę, a hebrajscy przełożeni własnymi plecami za wyniki innych.
Stocznia odkryła ruch przeciwny. Cudzy problem stał się powodem, żeby nie uruchamiać własnej maszyny. Nazywało się to solidarnością. W następnym rozdziale spróbujemy oddzielić pracę ciężką, źle płatną i niesprawiedliwą od pracy, która przekracza granicę niewoli. Nie każda krzywda jest niewolnictwem. Nie każda umowa oznacza wolność.
Poprzednie kazanko
Następne kazanko











Cześć, nie wiem na jakim etapie aktualnie jesteś w szukaniu wspólnoty. Może warto zainteresować się Kościołem Boży w Gdańsku (https://www.facebook.com/profile.php?id=61554200060524)?…