ROZDZIAŁ III
Chłop, wieśniak, rolnik
Chłop awansował na rolnika.
Nie od razu. Najpierw przez kilka stuleci orał pole, odrabiał pańszczyznę i prosił pana o zgodę na sprawy, które dzisiaj załatwia się bez pytania kogokolwiek. Potem został bohaterem ruchu ludowego, żywicielem narodu, właścicielem gospodarstwa i beneficjentem dopłat bezpośrednich.
Słowo „chłop” zostało po drodze koleżeńskim zwrotem:
— Chłopie, daj spokój.
„Wieśniak” miał mniej szczęścia. Kiedyś oznaczał człowieka ze wsi. Dziś może nim zostać mieszkaniec apartamentowca, jeśli zbyt głośno rozmawia przez telefon w restauracji albo wyciera nos obrusem.
„Rolnik” brzmi zawodowo. Ma ciągnik, numer gospodarstwa, rachunki, kredyt i formularz, w którym musi udowodnić, że jego pole rzeczywiście jest polem, a krowa nie prowadzi fikcyjnej działalności gospodarczej.
Słowa poszły do przodu.
Historia została w ziemi.
Ani rzecz, ani wolny człowiek
Chłop pańszczyźniany nie był niewolnikiem z plantacji bawełny.
Zwykle miał chatę, rodzinę, własne narzędzia, zwierzęta i kawałek gruntu, z którego się utrzymywał. Nie wystawiano go regularnie na aukcji, nie oglądano mu zębów i nie wysyłano samego na drugi koniec kontynentu tylko dlatego, że ktoś zaoferował dobrą cenę.
Nie był też wolnym rolnikiem.
Nie wybierał sobie ziemi. Ziemia wybierała jego.
Był do niej przypisany, a wraz z ziemią podlegał właścicielowi majątku. Odejście, przeprowadzka, a w niektórych okresach również małżeństwo mogły wymagać zgody pana. Spory rozstrzygał dwór. Obowiązki ustalał dwór. Kiedy potrzeby folwarku rosły, chłopski tydzień miał dziwną skłonność do kurczenia się bez udziału samego zainteresowanego.
Miał swoje pole.
Najpierw musiał jednak pracować na cudzym.
Pańszczyzna mogła oznaczać pracę pieszą albo ze zwierzętami: orkę, siew, żniwa, transport, naprawę dróg, dowóz drewna i wszystko, co właściciel uznawał za potrzebne. W jednym miejscu obowiązek był lżejszy, w innym pochłaniał większość tygodnia. Do zwykłych dni pańszczyzny dochodziły powinności dodatkowe, bo system, który raz odkryje darmową pracę, rzadko zadowala się wersją podstawową.
Chłop miał więc własne gospodarstwo, ale jego czas miał dwóch właścicieli. Jeden z nich posiadał pieczęć, sąd i ludzi z kijami. Drugi posiadał tylko zmęczenie.
Najpierw pańskie
Wyobraźmy sobie gospodarza, który budzi się przed świtem.
Nie ma budzika, ale ma koguta, dziecko, które płacze, i świadomość, że dzisiaj nie będzie pracował dla własnej rodziny.
Bierze woły i idzie na pole pana.
Jego własne zboże również wymaga pracy. Pogoda nie wie jednak, że człowiek odbywa pańszczyznę. Deszcz nie przesuwa terminu, bo akurat przyszła kolej na folwark. Dojrzałe ziarno nie wypełnia wniosku o przedłużenie zbiorów.
Najpierw pańskie. Potem własne. Jeżeli wystarczy dnia, siły i pogody.
Wolny rolnik ryzykuje, że jego praca nie przyniesie plonu. Chłop pańszczyźniany ryzykował dodatkowo, że nie zdąży wykonać jej we własnym gospodarstwie, ponieważ najpierw musiał utrzymać cudze.
Nie należał do pana w każdym znaczeniu tego słowa.
Należała do niego wystarczająco duża część jego życia.
Człowiek razem z krajobrazem
Majątek można było sprzedać.
Z ziemią przechodziły prawa do pracy mieszkających na niej ludzi. Nowy właściciel przejmował pola, lasy, zabudowania, dochody i obowiązki poddanych. Chłop nie musiał być sprzedawany osobno, żeby zmienił mu się pan.
Wystarczyło sprzedać świat dookoła niego.
Przypominało to zmianę pracodawcy, podczas której nikt nie pyta pracownika, czy chce przejść do nowej firmy. Tyle że razem z zakładem przechodził również jego dom, pole, sąd i możliwość opuszczenia miejscowości.
Nowoczesna korporacja kupuje przedsiębiorstwo wraz z zespołem. Pracownik może złożyć wypowiedzenie.
Chłop mógł złożyć ręce do modlitwy.
Nie oznacza to, że każdy pan był sadystą, a każdy folwark obozem pracy. Ludzie potrafili żyć w tych relacjach przez pokolenia, przywiązywać się do miejsca, zawierać małżeństwa, świętować, pomagać sobie i wspominać dobrego właściciela.
Dobry pan mógł być naprawdę dobry. Problem polegał na tym, że jego dobroć zastępowała prawo. Jeżeli trafił się uczciwy, życie było lżejsze.
Jeżeli trafił się chciwy albo okrutny, chłop nie mógł przenieść gospodarstwa dwie wsie dalej i wystawić mu jednej gwiazdki w Internecie.
System oparty na dobrym panu nadal pozostaje systemem, który pewnego dnia może odziedziczyć jego zły syn.
Cena odejścia
Współczesny człowiek może powiedzieć:
— Przecież chłop miał dom i ziemię. Nie był bez niczego.
Miał.
Właśnie dlatego tak trudno było odejść.
Zależność nie zawsze trzyma człowieka przez pozbawienie go wszystkiego. Czasami daje mu dokładnie tyle, żeby bał się to stracić.
Dom. Pole. Znajomą wieś. Rodzinę obok. Prawo do wypasu. Dostęp do lasu. Miejsce na cmentarzu.
Cały świat mieścił się w promieniu kilku kilometrów. Ucieczka nie oznaczała tylko zmiany pracy. Oznaczała wyjście z własnego życia.
Łańcuch z żelaza łatwo rozpoznać.
Łańcuch z domu, dzieci i pola wygląda jak korzenie.
Pan również miał swoje wyjaśnienie
Właściciel folwarku nie musiał uważać się za złego człowieka. Utrzymywał porządek. Bronił majątku. Płacił podatki. Dawał chłopom ziemię do użytkowania. Pomagał podczas klęski. Rozstrzygał spory.
Organizował świat, który bez jego nadzoru zapewne natychmiast rozpadłby się na kawałki, ponieważ ludzie niższego stanu — jak wiadomo — po otrzymaniu wolności przede wszystkim przestają pracować, kradną srebra i zaczynają czytać francuskich filozofów.
Każda zależność produkuje własne uzasadnienie. Pan mówi, że zapewnia opiekę. Podwładny mówi, że chciałby najpierw sam zdecydować, czy tej opieki potrzebuje.
Pańszczyzna nie musiała więc opierać się wyłącznie na przemocy. Wspierały ją zwyczaj, religia, prawo, urodzenie i przekonanie, że tak wygląda świat.
Ojciec był chłopem. Dziadek był chłopem. Syn będzie chłopem. Dziedziczono nie tylko ziemię i nazwisko. Dziedziczono miejsce przy stole.
Wolność przychodzi z zaboru
Zniesienie poddaństwa i pańszczyzny na ziemiach polskich nie nastąpiło podczas jednej wielkiej narodowej uroczystości.
Przychodziło etapami.
W państwie pruskim reformy rozpoczęły się na początku XIX wieku. W Galicji pańszczyznę zniesiono w 1848 roku. W Królestwie Polskim uwłaszczenie ogłoszono w 1864 roku.
Nie zawsze dokonywali tego ludzie, których Polacy chcieliby umieszczać w roli wyzwolicieli.
W Królestwie Polskim reformę przeprowadził car Aleksander II, między innymi po to, by osłabić polskich właścicieli ziemskich i odciągnąć chłopów od powstania styczniowego. Zaborca uwalniał polskiego chłopa spod władzy polskiego pana, ponieważ dzięki temu łatwiej było mu zachować władzę nad nimi oboma.
Historia moralna lubi przychodzić z politycznie paskudnego adresu. Czy chłop miał odmówić ziemi, ponieważ dokument podpisał car? Czy wolność przestaje być wolnością, kiedy ktoś daje ją z wyrachowania?
Właściciel mógł bronić ojczyzny i jednocześnie nie chcieć, żeby człowiek pracujący na jego polu sam decydował o własnym życiu.
Chłop mógł nie znać wielkiej polityki, ale wiedział, kto zabiera mu trzy dni tygodnia.
Patriotyzm widziany z dworu i patriotyzm widziany zza pługa nie zawsze miały ten sam kalendarz.
Papier uwalnia, żołądek negocjuje dalej
Uwłaszczenie zmieniało prawo.
Nie dodawało automatycznie pieniędzy, wykształcenia, narzędzi ani wystarczającej ilości ziemi.
Człowiek stawał się wolny, ale nadal mógł być biedny, zadłużony i zależny od właściciela większego gospodarstwa. Mógł posiadać działkę tak małą, że bez pracy najemnej nie dało się utrzymać rodziny. Mógł uwolnić się od pańszczyzny i wpaść w zależność od lichwiarza.
Dokument mówił:
— Jesteś wolny.
Pusty spichlerz odpowiadał:
— Zobaczymy.
Wolność prawna jest prawdziwa.
Nie zawsze wystarcza na obiad.
Człowiek bez ziemi, oszczędności i możliwości znalezienia pracy może formalnie iść, dokąd zechce. Najczęściej idzie tam, gdzie ktoś zgodzi się zapłacić mu przed śmiercią głodową.
Drzwi są otwarte.
Za progiem potrzebne są jeszcze buty.
Rolnik
Dziś rolnik jest właścicielem albo dzierżawcą gospodarstwa. Kupuje maszyny, sprzedaje plony, podpisuje umowy, ubezpiecza się, głosuje i może wyjechać.
Nie odrabia pańszczyzny.
Może jednak przez wiele lat pracować głównie dla banku, dostawcy nawozów, pośrednika, sieci handlowej i państwa, które najpierw pobiera pieniądze, potem część oddaje, a na końcu prosi o formularz potwierdzający, że nie nastąpiła nadmierna pomoc publiczna.
Państwo również ma własny kalendarz zbiorów. Centrum im. Adama Smitha ogłasza Dzień Wolności Podatkowej — umowną datę, od której, gdyby wszystkie podatki, składki i obowiązkowe daniny opłacać najpierw, człowiek zaczynałby wreszcie pracować na siebie i swoją rodzinę. Nie jest to rachunek konkretnego gospodarstwa, lecz obraz oparty na udziale wydatków sektora publicznego w całej gospodarce.
W 2023 roku dzień ten przypadł 21 czerwca. Rok później — 28 czerwca, w 2025 roku — 4 lipca, a w 2026 dopiero 9 lipca. Rolnik zdążyłby więc wejść w żniwa, zanim symbolicznie skończył pracować na państwo.
Nie jest chłopem pańszczyźnianym.
Byłoby absurdem ich zrównywać.
Pozostało jednak stare pytanie:
Ile owocu własnej pracy zostaje człowiekowi, który ją wykonał?
Chłop oddawał dni.
Współczesny rolnik oddaje raty, marżę pośrednika, podatki, koszty paliwa i cenę ustaloną przez kogoś, kto nigdy nie stał w błocie po kolana.
Historia nie zatoczyła koła.
Koło nadal jest podłączone do traktora kupionego na kredyt.
Długa przestrzeń pomiędzy
Chłop pańszczyźniany nie był wolnym pracownikiem. Nie był też niewolnikiem plantacyjnym. Stał gdzieś pomiędzy.
Historia jest pełna ludzi stojących pomiędzy: poddanych, parobków, służby domowej, dłużników, czeladników, jeńców, robotników przymusowych, więźniów pracujących i migrantów, którzy mogą wrócić do domu, kiedy tylko uzbierają na bilet.
Podział na wolnego pracownika i niewolnika wygląda dobrze w słowniku. W prawdziwym życiu pomiędzy nimi rozciąga się ogromny teren. Czasem ma rozmiar folwarku.
Poprzednie kazanko
Następne kazanko











Cześć, nie wiem na jakim etapie aktualnie jesteś w szukaniu wspólnoty. Może warto zainteresować się Kościołem Boży w Gdańsku (https://www.facebook.com/profile.php?id=61554200060524)?…