Pewnego dnia dałem się ochrzcić. Dekadę później zostałem przechrzczony na Wszetecznika, choć wcale nie zmieniłem sposobu myślenia. Przez te wszystkie lata moje zaufanie do Boga z Biblii wzrastało i ta relacja rozwija się dalej.
Moje świadectwo kieruję do braci i sióstr, z którymi spotykam się w dniu chrztu, ale również do znajomych i wszystkich tych, których tutaj nie ma. Chcę opowiedzieć, w kogo wierzę, jak doszedłem do tej wiary i dlaczego zdecydowałem się przyjąć chrzest. Zacznę jednak od samych podstaw.
Wiara w prawdziwego Boga
Żyjemy w świecie, który spajają matematyka, fizyka i logika. Możemy się widzieć, rozmawiać, poznawać otoczenie i doświadczać jego istnienia. Ten świat ma porządek. Widzę w nim zamysł i inteligencję, którą nazywam Bogiem. Jestem racjonalistą i szukam prawdziwego Stwórcy. Nie chcę wymyślać sobie Boga ani wyobrażać Go takim, jakim chciałbym Go mieć.
Wierzę w tego samego Boga, którego wyznawali ludzie żyjący jeszcze przed przymierzem z Izraelem. Nie było wówczas chrześcijaństwa ani wyznań, które znamy dzisiaj, a ludzie już zwracali się do Stwórcy. Niezależnie od miejsca na osi czasu chodzi o tego samego, jedynego, świętego Boga. Wierzę w Boga, który umarł na krzyżu, aby zapłacić za nasze grzechy.
Wymyślenie sobie religii i oddawanie czci własnemu wyobrażeniu Boga oznaczałoby życie w kłamstwie. Bóg objawia się również w przyrodzie i w drugim człowieku. Ludzie żyjący przed spisaniem Biblii także mogli mieć z Nim relację. Nie zakładam więc, że ktoś żyjący daleko od naszej kultury, choćby w głębi Amazonii, jest z góry pozbawiony jakiegokolwiek poznania Boga. Wierzę, że Bóg również do takich ludzi dociera, choć zbawienie pozostaje w Chrystusie.
Skąd jednak znamy Jego imię i wiemy, co mówi w sprawach dla nas najważniejszych? Ze Słowa Bożego. Wierzę w jego wiarygodność, potwierdzoną przez Boga proroctwami i znakami. Tych, którzy nie mają tej pewności, zachęcam do samodzielnego sprawdzenia. Mamy dostęp do wiedzy, do tekstów i opracowań. Internet jest pełen dezinformacji, ale daje też możliwość weryfikowania tego, co słyszymy. Nie trzeba poprzestawać na cudzych zapewnieniach.
Jestem uczniem Chrystusa
Nie jestem świadkiem Jehowy, adwentystą ani baptystą. Nie jestem też zielonoświątkowcem, protestantem ani katolikiem. Jestem uczniem Chrystusa, czyli chrześcijaninem. Chrystus naucza mnie i przemawia do mnie przez Słowo Boże. To do niego wracam, kiedy chcę wiedzieć, w kogo wierzę i jak mam żyć.
Do Kościoła wszedłem przez te same drzwi, przez które ludzie wchodzili do niego od początku jego istnienia. Tymi drzwiami jest Ewangelia. Najpierw trzeba ją usłyszeć i w nią uwierzyć. W ten sposób przychodzą do Chrystusa ateiści, ludzie wychowani w różnych kościołach, muzułmanie czy hinduiści. Ja przyszedłem z Kościoła rzymskokatolickiego.
Dlaczego daję się ochrzcić
Mój brat Łukasz zapytał mnie, po co mi chrzest, skoro już zostałem ochrzczony. Rzeczywiście, mam akt chrztu. Jestem jednak przekonany, że wydarzenie, które ten dokument potwierdza, nie odpowiada temu, co o chrzcie mówi mi Pismo.
W Ewangelii Marka czytam: „Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony” (Mk 16,16). Najpierw pojawia się wiara. W Dziejach Apostolskich Piotr wzywa słuchaczy do nawrócenia i chrztu w imię Jezusa Chrystusa na odpuszczenie grzechów (Dz 2,38). Kilka zdań dalej czytamy, że ochrzczeni zostali ci, którzy przyjęli jego naukę (Dz 2,41). Znowu widzę tę samą kolejność: człowiek słyszy, przyjmuje i odpowiada.
Podobnie jest ze strażnikiem więziennym, który pyta apostołów, co ma czynić, aby się zbawić. Słyszy wezwanie do wiary w Pana Jezusa, a następnie jemu i jego domownikom zostaje opowiedziana nauka Pana. Dopiero potem przyjmuje chrzest wraz ze swoim domem (Dz 16,30–33). Ogłoszenie Ewangelii poprzedza chrzest.
Szczególnie ważna jest dla mnie historia Filipa i etiopskiego dworzanina. Gdy podczas podróży pojawia się woda, dworzanin pyta, co przeszkadza, aby został ochrzczony. W wyznaniu zapisanym w Dz 8,37 Filip uzależnia chrzest od wiary całym sercem, a dworzanin odpowiada: „Wierzę, że Jezus Chrystus jest Synem Bożym”. Potem obaj schodzą do wody i Filip go chrzci (Dz 8,36–38).
W używanej przeze mnie Biblii Tysiąclecia werset 37 znajduje się w przypisie, na co zwrócono mi uwagę podczas tego świadectwa. Dla mojego rozumienia chrztu zawarte w nim wyznanie jest bardzo istotne. Widzę w nim tę samą kolejność, którą odnajduję w pozostałych przywołanych fragmentach: uwierzyć, opamiętać się i przyjąć chrzest na znak wiary w Jezusa Chrystusa.
Dlatego dzisiaj daję się ochrzcić. Z własnej woli, w pełni świadomie, jako człowiek, który uwierzył w Jezusa i chce odpowiedzieć na Jego słowo. W takim rozumieniu jest to mój pierwszy chrzest. Mój własny, świadomy krok wiary.
Cuda nie wystarczą
Moja droga nie zaczęła się od zamiaru odejścia z katolicyzmu. Przeciwnie, przyglądałem się cudom i egzorcyzmom, a to, czego się o nich dowiadywałem, przemawiało do mnie i utwierdzało mnie w przekonaniu do Kościoła rzymskokatolickiego. Właśnie wtedy otworzyłem Pismo Święte w katolickim przekładzie Biblii Tysiąclecia. Z tego przekładu pochodzą także cytaty, które przywołuję w moim świadectwie.
W Ewangelii Mateusza przeczytałem słowa Jezusa o ludziach powołujących się na prorokowanie, wyrzucanie złych duchów i dokonywanie cudów w Jego imieniu. Mimo tego słyszą: „Nigdy was nie znałem” (Mt 7,21–23). Zobaczyłem, że cuda i egzorcyzmy nie mogą być dla mnie rozstrzygającym kryterium prawdy. Sposób, w jaki wcześniej weryfikowałem religię, okazał się niewystarczający.
Dalej Jezus ostrzega przed fałszywymi mesjaszami i prorokami, którzy będą czynić wielkie znaki i cuda, aby wprowadzić ludzi w błąd (Mt 24,24). Samo niezwykłe wydarzenie nie zwalnia mnie więc ze sprawdzania, z jakim przesłaniem się łączy. Wszystko powinienem badać w świetle Słowa Bożego. Wtedy jednak wciąż nie przychodziło mi do głowy, że mógłbym utracić przekonanie do religii katolickiej.
Zacząłem modlić się do Boga
Kolejne poruszyły mnie słowa Jezusa o modlitwie. Przestrzega On przed gadatliwością i przekonaniem, że człowiek zostanie wysłuchany dzięki wielomówstwu. Ojciec wie, czego potrzebujemy, zanim Go poprosimy. Następnie Jezus uczy modlitwy „Ojcze nasz” (Mt 6,7–13).
Po przeczytaniu tego fragmentu razem z Darią przestaliśmy powtarzać wyuczone modlitwy, które odmawialiśmy niemal jak mantrę. Początkowo ograniczyliśmy się właściwie do „Ojcze nasz”, chcąc trzymać się tego, czego naucza Chrystus. Zacząłem wtedy budować żywą relację z Bogiem. Zwracałem się do Niego bezpośrednio i odkrywałem, że mogę z Nim rozmawiać.
Przypominałem sobie przy tym praktyki polegające na codziennym odmawianiu wielu różańców, choćby nowennę pompejańską. Trudno mi było pogodzić tę wielokrotność powtarzanych formuł z przeczytanymi słowami Jezusa. Odkrywając modlitwę jako relację, przestawałem się zastanawiać, czy spełniam właściwą procedurę. Wiedziałem, do kogo się zwracam.
Duże znaczenie miało też zdanie z Pierwszego Listu do Tymoteusza: „Jeden jest Bóg, jeden też pośrednik między Bogiem a ludźmi, człowiek, Chrystus Jezus” (1 Tm 2,5). Zrozumiałem, że mogę przychodzić do Ojca bez szukania kolejnych pośredników. W Biblii nie znajdowałem wzoru modlitwy do Boga przez zmarłych świętych. Tymczasem w znanej mi religijności spotykałem zarówno zwracanie się za ich pośrednictwem, jak i modlitwy kierowane do nich samych, do Maryi czy aniołów.
W tym miejscu droga, którą pokazywało mi Słowo Boże, zaczynała rozmijać się z drogą, którą znałem z katolicyzmu. Odkrycie, że mogę zwracać się bezpośrednio do Ojca, było dla mnie czymś wspaniałym.
Ofiara złożona raz na zawsze
W Liście do Hebrajczyków czytałem, że zostaliśmy uświęceni przez ofiarę ciała Jezusa Chrystusa „raz na zawsze”. Autor zestawia kapłanów wielokrotnie składających ofiary, które nie mogą zgładzić grzechów, z Chrystusem, który złożył jedną ofiarę za grzechy i zasiadł po prawicy Boga (Hbr 10,10–12). Wcześniej wyjaśnia również, że Chrystus wszedł do samego nieba, aby wstawiać się za nami, i że nie musi wielokrotnie się ofiarowywać (Hbr 9,24–26).
Te słowa były dla mnie szokiem, chociaż jako katolik już je znałem. Dopiero teraz zaczęły do mnie przemawiać. Po prostu w nie uwierzyłem. Wcześniej myślałem o Eucharystii jako o ofierze za grzechy składanej przez kapłana. Teraz czytałem, że Chrystus już złożył ofiarę i że jest ona wystarczająca.
Właśnie wtedy poczułem radość płynącą z dobrej nowiny. Zrozumiałem, że moje grzechy zostały spłacone krwią Chrystusa. Ewangelia nabrała dla mnie sensu, a wiara w Jego ofiarę naprawdę zmieniła moje życie.
Dlaczego odszedłem z katolicyzmu
Coraz więcej pytań dotyczyło również tego, jak rozumiem świętość. W Biblii określenie „święci” odnajdywałem jako nazwę wspólnoty wierzących, synonim chrześcijan i Kościoła. Zestawiałem to z katolicką praktyką wyróżniania poszczególnych świętych osób. Porównywałem też katechizmową listę dziesięciu przykazań z tekstem Dekalogu w Biblii i zauważałem różnice w treści oraz numeracji. Kolejne odkrycia skłaniały mnie do sprawdzania tego, czego wcześniej po prostu mnie nauczono.
W pewnym momencie ktoś zapytał mnie, czy jestem katolikiem. Zastanowiłem się, co właściwie miałbym przez to powiedzieć. Czytając Pismo, doszedłem do przekonania, że dalsze utożsamianie się z Kościołem rzymskokatolickim wymagałoby ode mnie zgody na nauczanie, którego nie potrafiłem pogodzić ze Słowem Bożym. Nie mogłem jednocześnie uznawać go za autorytet i odkładać na bok, kiedy przeszkadzało przyjętym wcześniej przekonaniom.
Tak znalazłem się wśród ludzi, którzy czytali te same teksty i dochodzili do podobnych wniosków. Wielu przyszło z różnych społeczności, a jednak mogliśmy być razem jako bracia i siostry, uczniowie Chrystusa. To właśnie rozpoznawałem jako Kościół.
Nie znajdowałem w Piśmie podstaw dla czyśćca, odpustów, modlitwy za zmarłych, spowiedzi przez kapłana czy nieomylności papieża. Pytałem także o kapłaństwo w Nowym Przymierzu i sukcesję apostolską. Nie umiałem zaakceptować włączania do Ewangelii nauk, które uważałem za ludzkie dodatki, a niekiedy za sprzeczne z jej treścią.
W Liście do Galatów Paweł ostrzega przed przechodzeniem do innej Ewangelii, po czym dodaje, że innej Ewangelii nie ma. Są jedynie ludzie, którzy chcą przekręcić przesłanie Chrystusa. Nawet gdyby głosił je apostoł albo anioł z nieba, nie wolno przyjąć Ewangelii różnej od tej, którą otrzymaliśmy (Ga 1,6–9). Te słowa traktowałem poważnie.
Co zmieniło się w moim życiu
Mam bezpośrednią, żywą relację z Bogiem. Jestem z Nim online. Mam również Słowo Boże, do którego mogę wracać i które strzeże mnie przed zgubą. Czytam je, żyję nim i przekonałem się, że chroniło mnie już przed wejściem w różne dziwactwa oraz zwiedzenia. Niektóre rzeczy wydawały się dobre i kuszące, a jednak za nimi kryło się zło.
Trzeba uważać również na obrazy Boga, które wyglądają niemal jak kopia tego, co znamy z Biblii, ale zawierają domieszkę czegoś obcego. To może już prowadzić do wyznawania własnego wyobrażenia i bałwochwalstwa. Kto z nas zna Boga w stu procentach? Właśnie dlatego potrzebuję Słowa Bożego, aby sprawdzać to, co o Nim słyszę, i nie pomylić Stwórcy z ludzkim pomysłem.
Przede wszystkim w moim życiu pojawił się Duch Święty. Wcześniej znałem biblijne słowa i definicje, ale były dla mnie puste. Próbowałem nazywać Jego działaniem różne rzeczy, samemu czując, że jest to naciągane. Szukałem poza dotychczasową religijnością tego życia, o którym mówi Pismo.
Dzisiaj Duch Święty jest obecny w moim życiu. Mogę mówić o Nim jako o osobie, z którą żyję i której prowadzenia doświadczam. Prowadzi mnie i Darię. Do odkrycia tej rzeczywistości zachęcam każdego.
Komentarz po świadectwie
Po mojej wypowiedzi głos zabrał prowadzący spotkanie. Mówił o różnicy między znajomością religijnych słów a życiem, które człowiek otrzymuje od Boga. Podkreślił też, że chrzest nie oznacza przyłączenia do Kościoła zielonoświątkowego ani do jakiejkolwiek religii. Jest wyrazem wiary w Jezusa Chrystusa i jedności z Nim.
Kościół opisał jako wspólnotę ludzi należących do Chrystusa, obecnych w różnych denominacjach i poza nimi. Przynależność do niego wynika z wiary i nowego narodzenia, a nie z denominacyjnej etykiety. Na zakończenie, przed wyjazdem nad jezioro, mówił o powierzeniu mnie i Darii Bogu. Niezależnie od tego, gdzie będziemy mieszkać, mieliśmy pozostawać w Jego rękach.
„Nie są zależni od nas, nie są zależni od naszego Kościoła, od naszej denominacji. Gdziekolwiek są, są zależni od Boga. I z tego się radujemy. Bo my wiemy, że jesteśmy tylko zwykłymi ludźmi, zawodnymi, ale Bóg ich nie zawiedzie. Jeśli w Nim położyli ufność, On ich nie zawiedzie, nie opuści i będzie z nimi”.











Co o tym myślisz?
Jeśli spodobał Ci się ten referat i pobudził Cię do przemyśleń, podziel się tym w komentarzu lub pisząc do mnie. Jeśli dzięki temu artykułowi udało Ci się spojrzeć na tą kwestię z innej perspektywy to spełnił on zamierzony cel. Jeśli po lekturze skłaniasz się do zmiany swoich poglądów lub utwierdziłeś się w swoich przemyśleniach, które są sprzeczne z moimi to również chwała Bogu. Pomóż i mi znaleźć prawdę, dzieląc się ze mną i innymi czytelnikami swoimi argumentami na ten temat.