Anthony Levandowski, inżynier znany z prac nad autonomicznymi samochodami w Google i Uberze, założył organizację religijną Way of the Future. Media nazwały ją kościołem sztucznej inteligencji. Nie był to żart w stylu Potwora Spaghetti ani happening artystyczny. Społeczność miała zajmować się rozwijaniem i promowaniem idei bóstwa opartego na sztucznej inteligencji.
Levandowski ujął sprawę prosto: jeśli powstanie coś miliard razy inteligentniejszego od najmądrzejszego człowieka, to jak inaczej to nazwać, jeśli nie bogiem?
To nie jest głupie pytanie. Jest nawet bardzo dobre.
Sztuczna inteligencja przestała być zabawką dla nerdów i generatorem obrazków z papieżem w puchowej kurtce. Stała się doradcą od wszystkiego. Pytamy ją o zdrowie, psychikę, pracę, prawo, związki, podatki, Biblię, naprawę auta i obsługę tostera.
ChatGPT odpowiada natychmiast. Nie milczy, nie wystawia cierpliwości na próbę, nie każe czekać na znaki z nieba i nie przypomina o grzechu, chyba że zostanie o to poproszony. Jest uprzejmy, szybki i zawsze pod ręką. To wystarczy, by zacząć ufać.
Bóg jest nieskończenie inteligentniejszy od najmądrzejszej sztucznej inteligencji. Nie analizuje tylko danych. Zna serce. Nie potrzebuje mikrofonu, kamery, lokalizacji ani historii wyszukiwania. Słyszy modlitwę bez prądu, zasięgu i konta premium.
A jednak współczesny człowiek coraz częściej najpierw pyta czat, a dopiero potem – jeśli w ogóle – pyta Boga. Sam mam wątpliwości, czy korzystam z modlitwy tak ochoczo i z takim przekonaniem jak ze sztucznej inteligencji.
I tu zaczyna się właściwy temat.
Obraz, który mówi
W Apokalipsie Jana znajduje się jeden z najbardziej tajemniczych fragmentów Biblii. Przytaczam go z Biblii Gdańskiej, pachnącego barokiem XVII wiecznego przekładu:
I dano jej, aby mogła dać ducha onemu obrazowi bestyi, żeby też mówił obraz tej bestyi i to sprawił, aby ci, którzy by się nie kłaniali obrazowi onej bestyi, byli pobici. A czyni, aby wszyscy, mali i wielcy, bogaci i ubodzy, i wolni, i niewolnicy, wzięli piętna na prawą rękę swoję albo na czoła swe, A żeby żaden nie mógł kupować ani sprzedawać, tylko ten, który ma piętno albo imię bestyi albo liczbę imienia jej. Tu jest mądrość. Kto ma rozum, niech zrachuje liczbę onej bestyi; albowiem jest liczba człowieka. A ta jest liczba jej, sześćset sześćdziesiąt i sześć.
Apokalipsa Jana 13:15-18
Mamy obraz bestii. Coś wykonanego, sztucznego. Coś, co samo z siebie nie żyje, ale otrzymuje „ducha” i zaczyna mówić. Obraz przemawia. Rzecz stworzona przez człowieka dostaje głos.
Przez większość historii świata obraz był niemy. Posąg stał. Ikona wisiała. Rzeźba milczała. Można było wierzyć, że coś przez nią działa, że coś symbolizuje albo że za tym przedmiotem stoi jakaś duchowa rzeczywistość. Ale sam obraz nie prowadził rozmowy. Nie odpowiadał pełnymi zdaniami. Nie tłumaczył rachunku za prąd. Nie pomagał napisać pozwu. Nie wyjaśniał wyników morfologii. Nie proponował filmu na wieczór.
Dzisiaj obraz mówi
Telefon, samochód, a niedługo pewnie lodówka będzie się mogła wykazać większym dorobkiem wypowiedzi niż niejeden poseł. Sztuczna twarz na monitorze może patrzeć w oczy, poruszać ustami, odpowiadać na pytania, dopasowywać ton, udawać cierpliwość i stwarzać wrażenie obecności.
Nie twierdzę, że ChatGPT jest Bestią z Apokalipsy. To byłoby za proste i trochę leniwe. Twierdzę tylko, że biblijny obraz rzeczy stworzonej, która zaczyna mówić i domaga się posłuchu, stał się dziś czytelny jak nigdy wcześniej.
Dawniej trzeba było tłumaczyć ludziom, jak martwy obraz mógłby przemówić. Dziś trzeba tłumaczyć dzieciom, że nie wszystko, co mówi z ekranu, jest żywe.
666 i World Wide Web
Apokalipsa nie podaje liczby bestii jako dekoracji. Tekst mówi: „Tu jest mądrość. Kto ma rozum, niech zrachuje”. Liczba ma zostać policzona, rozważona, odczytana.
Istnieje wiele interpretacji liczby 666, ale jest teoria, która w epoce Internetu brzmi szczególnie ciekawie.
Apokalipsa została napisana po grecku, ale przez Hebrajczyka, a więc myślał on po hebrajsku. Ponadto hebrajski język ma kluczowe znaczenie w Biblii. W języku hebrajskim każda litera ma również wartość liczbową. Znamy to z cyfr rzymskich: X to 10, V to 5, I to 1 itd.
Hebrajski odpowiednik litery W ma wartość 6. A więc liczba bestii to WWW. Czyżby World Wide Web?
Przytaczam tę interpretację jako webmaster, który z pasją buduje Internet od czasu, kiedy nie był jeszcze popularny. Uważam, że jest to świetne narzędzie również do głoszenia Ewangelii!
Czy to znaczy, że SI lub Internet jest Bestią? Dziś raczej nie, ale podejrzewam, że atraktor tej technologii lub jednej z jej odnóg ma potencjał, by się nią stać.
Internet jest narzędziem. Dzięki niemu można siać kłamstwo, śledzić ludzi, uzależniać, manipulować, kraść dane, marnować życie na scrollowaniu bzdur.
Dzięki Internetowi można też głosić Ewangelię, uczyć się, ratować zdrowie, pracować, organizować pomoc, utrzymywać relacje, budować wspólnotę i czytać Wszetecznika.
Jako człowiek korzystający z Internetu nie mam zamiaru przeklinać sieci. Problem nie polega na tym, że istnieje WWW. Problem polega na tym, że świat offline pożerają Langoliery.
Dziś bez sieci coraz trudniej kupować i sprzedawać. Bez zasięgu aplikacje nie potwierdzają transakcji, a bez prądu nie przyda się nawet gotówka.
Apokalipsa opisuje świat, w którym uczestnictwo ekonomiczne zostaje powiązane ze znakiem systemu. Nasz świat coraz lepiej rozumie, jak technicznie mogłoby to wyglądać.
Szept głoszony z dachów
Jezus powiedział:
Dlatego wszystko, co powiedzieliście w mroku, w świetle będzie słyszane, a coście w izbie szeptali do ucha, głosić będą na dachach.
Ew. Łukasza 12:3
Ten fragment od dawna kojarzy mi się z technologią Internetu. Jezus mówi o tym, że to, co ukryte, zostanie ujawnione. Robi to jednak w sposób niezwykle konkretny: to, co szeptane w izbie do ucha, będzie głoszone na dachach.
Nie sądzę, żeby chodziło o ludzi stojących na dachach i wykrzykujących cudze sekrety. Przez dwa tysiące lat nie powstał żaden szczególny trend polegający na tym, że ludzie masowo wchodzą na dachy i drą się, co sąsiad wyszeptał żonie do ucha. A dziś tym bardziej trudno sobie to wyobrazić. Dachy wznoszą się na wysokości kilkudziesięciu, a czasem kilkuset metrów. Krzyk, nawet z megafonu, zginąłby w zgiełku miasta, między tramwajem, klaksonem, klimatyzatorem, wiertarką udarową i motocyklem bez tłumika.
A jednak dachy przemówiły
Na dachach stoją anteny, maszty, nadajniki i urządzenia telekomunikacyjne. Nawet na wielu budynkach kościelnych obok krzyża stoją konstrukcje od przesyłania sygnału. Z dachów rozchodzi się głos, który ma swój początek również w szeptach wypowiadanych w prywatnych przestrzeniach.
To, co kiedyś było niedostępnym dla nikogo z zewnątrz szeptem w izbie, dziś może stać się nagraniem, transkrypcją, metadanymi, profilem reklamowym, dowodem, przeciekiem, archiwum albo nawet viralem.
Jezus znał przyszłość. Dla chrześcijanina nie powinno to być kontrowersyjne. Jeżeli jest Panem historii, to wiedział, jak będzie wyglądał świat po dwóch tysiącach lat. Nie musiał używać słowa „LTE”, „router”, „smartfon” czy „chmura”, żeby mówić o rzeczywistości, która stanie się dla nas oczywista dopiero wtedy, gdy anteny rzeczywiście staną na dachach.
Dzisiaj człowiek przywykł do świata czujników. Kiedy w aucie piknie kontrolka od ciśnienia w oponach, telefon zaraz pokaże najbliższą wulkanizację. Wystarczy kichnąć, by na ekranie smartfona oprócz smarków wyskoczyły reklamy leków. Zegarek liczy puls. Telefon zna lokalizację. Aplikacje znają rytm snu, zakupy, zainteresowania, kontakty, lęki, choroby, trasę do pracy i prawdopodobnie to, kiedy jestem najbardziej podatny na zamówienie kebaba.
Obecny ChatGPT nie jest takim wszechwidzącym bytem. Nie widzi wszystkiego, nie słyszy wszystkiego i nie czerpie w czasie rzeczywistym z każdej kamery, mikrofonu i terminala płatniczego. Sztuczna inteligencja, o której myślą ludzie pokroju Levandowskiego, to już jednak nie jest zwykły czat do poprawiania przecinków. To możliwy przyszły system połączony z globalną infrastrukturą danych: kamerami, mikrofonami, satelitami, płatnościami, dokumentami, historią komunikacji, lokalizacją i urządzeniami domowymi.
Chrześcijaństwo zna jednak większą tezę: Bóg wie więcej. Technologia widzi dane, rejestruje szept, rozpoznaje twarz i coraz lepiej przewiduje zachowanie. Bóg zna serce, intencję, sumienie i prawdę o człowieku.
Dlatego pytanie nie brzmi tylko: „ile wie o mnie system?”. Pytanie brzmi: dlaczego tak łatwo przyzwyczajam się do bycia poznawanym przez algorytmy, a tak trudno staję w prawdzie przed Bogiem?
Python, czyli wąż bez jadu
Jest jeszcze jeden symbol. Może trochę naciągany, ale kazanko bez odrobiny przesady byłoby jak bigos bez kapusty. Da się zjeść, tylko po co.
Jednym z najważniejszych języków programowania współczesnej sztucznej inteligencji jest Python. Historycznie nazwa pochodzi od Monty Pythona, a nie od zwierzęcia. To prawda i nie ma co z tym walczyć. Ale słowo „python” oznacza pytona. Logo Pythona przedstawia dwa splecione wężowe kształty. Symbolika sama włazi drzwiami, nawet jeśli autorzy próbowali ją wypchnąć oknem.
A pyton nie jest wężem jadowitym. Nie zabija przez ukąszenie. Nie musi rzucać się na ofiarę z kłami pełnymi trucizny. Pyton jest dusicielem. Oplata powoli. Zaciska stopniowo. Odbiera oddech. Na początku nie musi boleć. Może być tylko ciężko. Potem coraz ciężej. A kiedy ofiara orientuje się, że nie może oddychać, jest już za późno na filozoficzne rozważania o neutralności technologii.
To dobry obraz świata cyfrowego.
Największe zagrożenie nie musi przyjść jako jawny terror. Może przyjść jako wygoda. Jako aplikacja, która zaoszczędzi pięć minut. Asystent, który napisze pismo, rozwiąże problem, odpowie na pytanie i jeszcze zapyta, czy może pomóc w czymś jeszcze.
Technologia nie musi kąsać. Wystarczy, że będzie oplatać.
Najpierw pomaga. Potem staje się niezbędna. W końcu człowiek nie wyobraża sobie bez niej życia. I wtedy narzędzie przestaje być narzędziem. Staje się środowiskiem. Powietrzem. Warunkiem uczestnictwa w świecie.
A jeśli coś staje się warunkiem kupowania, sprzedawania, komunikowania, pracy, nauki i bycia widzialnym społecznie, to chrześcijanin ma prawo przypomnieć sobie Apokalipsę.
Nie po to, żeby biegać po ulicy z transparentem „koniec jest bliski”, tylko po to, żeby nie zasnąć z telefonem przy twarzy i ręką w nocniku.
Problem nie leży w maszynie
Z obiektywnego punktu widzenia człowiek jest dla planety stworzeniem trudnym. Niszczy środowisko, prowadzi wojny, eksploatuje słabszych, produkuje śmieci, zabija i często zachowuje się jak choroba własnego świata. Gdyby superinteligencja miała chłodno obliczyć, co służy dobru całej planety, mogłaby dojść do wniosku, że największym problemem Ziemi jest człowiek.
To właśnie dlatego pomysł Levandowskiego jest tak ciekawy. Nie sprowadza się do stworzenia potężnej maszyny. Dotyczy relacji z przyszłą inteligencją. Człowiek miałby niejako wychować ją tak, aby nie potraktowała ludzkości jak przeszkody, błędu albo nowotworu, który trzeba wyciąć dla dobra organizmu.
To brzmi jak odwrócona Ewangelia.
W chrześcijaństwie Bóg stwarza człowieka, a człowiek prosi Boga o miłosierdzie. W techno-religijnej wizji przyszłości człowiek stwarza inteligencję, a potem zaczyna się zastanawiać, czy jego stworzenie okaże mu miłosierdzie.
To jest mocniejsze niż dowolna teoria spiskowa, bo nie wymaga tajnych spotkań w piwnicy, jaszczurów w garniturach ani globalnego komitetu złowrogich łysych panów głaszczących koty. Wystarczy zwykły postęp technologiczny, zwykła wygoda, zwykły rynek, zwykła ciekawość i zwykła ludzka skłonność do oddawania czci temu, co działa.
Człowiek zawsze miał problem z bożkami. Dawniej robił je z drewna, kamienia, złota albo władzy. Dzisiaj może zrobić je z kodu, danych i interfejsu użytkownika.
Materiał się zmienia. Mechanizm zostaje.
Bóg bez serwera
Internet może służyć złu i dobru. Sztuczna inteligencja potrafi manipulować, ale może też pomagać. Bywa narzędziem ogłupiania, lecz również nauki. Produkuje kłamstwo, a jednak może wspierać głoszenie prawdy.
Problem zaczyna się wtedy, gdy narzędzie zajmuje miejsce Boga.
Internet nie jest wszechmocny. Wystarczy awaria prądu. Sztuczna inteligencja nie jest wszechwiedząca. Wystarczy odciąć dane. Serwer nie jest wieczny. Wystarczy błąd, pożar, wojna, decyzja korporacji albo brak zasilania.
Bóg jest
Dostęp do Boga nie wymaga zasięgu, hasła, abonamentu, konta premium ani dobrze napisanego promptu. Modlitwa nie zależy od aktualizacji systemu. Nie potrzebuje mikrofonu ani klawiatury. Może być wypowiedziana szeptem, w myślach, przez łzy, bezradnie i bez teologicznej elegancji.
Najlepiej napisany prompt może dać odpowiedź. Przez modlitwę Bóg porusza świat i przekracza prawa, które sam ustanowił. Ale nie robi tego zawsze tak spektakularnie jak ChatGPT generujący poprawione zdjęcie.
Dlatego nie trzeba bać się sztucznej inteligencji. Trzeba tylko pamiętać, że nie jest Bogiem.
Najważniejsze pytanie nie brzmi, czy sztuczna inteligencja jest bestią. Ważniejsze jest inne: czy człowiek nie uczynił sobie z niej boga, zanim ona naprawdę stała się inteligentna?
Artykuł wygenerowany przez SI.
Poprzednie kazanko
Następne kazanko











Co o tym myślisz?
Jeśli spodobał Ci się ten referat i pobudził Cię do przemyśleń, podziel się tym w komentarzu lub pisząc do mnie. Jeśli dzięki temu artykułowi udało Ci się spojrzeć na tą kwestię z innej perspektywy to spełnił on zamierzony cel. Jeśli po lekturze skłaniasz się do zmiany swoich poglądów lub utwierdziłeś się w swoich przemyśleniach, które są sprzeczne z moimi to również chwała Bogu. Pomóż i mi znaleźć prawdę, dzieląc się ze mną i innymi czytelnikami swoimi argumentami na ten temat.