Świętszy niż wczoraj
Pewnego razu na nabożeństwie pojawił się gość. Nie był to żaden apostoł, prorok ani nawet człowiek, który przyszedł podzielić się odkryciem dokonanym podczas studiowania Pisma. Był przedstawicielem pewnej chrześcijańskiej fundacji. Takiej, której nie trzeba przedstawiać, bo każdy porządny ewangelikalny chrześcijanin doskonale wie, że jest dobra, święta i potrzebna. A jeżeli nie wie, to najwyraźniej powinien więcej się modlić.
Gość otrzymał czas przeznaczony na kazanie. Rozpoczął od osobistego świadectwa. Otóż niedawno zauważył u siebie niepokojące zaniedbanie duchowe: modlił się dopiero przy śniadaniu. Wyobrażacie sobie? Człowiek budzi się rano, otwiera oczy, wstaje z łóżka i dopiero przy śniadaniu przypomina sobie o Bogu! Na szczęście nasz bohater rozpoznał problem i postanowił go naprawić. Teraz modli się już natychmiast po przebudzeniu. Zdaje się, że nawet podczas snu.
Pomyślałem, że jeszcze trochę, a osiągnie taki poziom świętości, że Pan Bóg będzie musiał wystawić mu zaświadczenie o braku dalszych możliwości rozwoju.
Po tym duchowym wprowadzeniu przeszliśmy do zasadniczej części nabożeństwa, czyli prezentacji fundacji. Dowiedzieliśmy się, że chrześcijanie na świecie cierpią, są prześladowani, więzieni, bici, wypędzani z domów i mordowani. Sytuacja jest dramatyczna, a przyszłość nie zapowiada niczego dobrego. Na szczęście istnieje organizacja, która wie, co z tym zrobić.
Przedstawiam Państwu Międzynarodową Fundację Jest Fatalnie i Będzie Tylko Gorzej, w skrócie JFBTG.
Nie pamiętam, żeby podczas tego nabożeństwa ktokolwiek zapytał o jej finanse, metody działania czy rzeczywiste rezultaty. Nie przypominam sobie również, żeby przedstawiciel fundacji próbował kogokolwiek do takiego zainteresowania zachęcić. Fundacja była przecież znana. A skoro znana, to godna zaufania. Skoro chrześcijańska, to uczciwa. Skoro pomaga prześladowanym, to zapewne pomaga skutecznie.
Tak oto zaufanie, które normalnie zdobywa się poprzez uczciwość, przejrzystość i rezultaty, w środowisku religijnym można otrzymać na podstawie samej deklaracji.
Fundacja, której nie wypada sprawdzać
JFBTG ma niezwykłą pozycję w chrześcijańskim świecie. Nie jest kościołem, ale przemawia z kościelnych kazalnic. Nie jest autorem Pisma Świętego, ale potrafi zająć czas przeznaczony na jego nauczanie. Nie jest wspólnotą prześladowanych chrześcijan, ale występuje jako ich rzecznik, przedstawiciel i pośrednik w kontaktach z resztą świata.
Trudno znaleźć lepszą pozycję dla organizacji utrzymującej się z darowizn.
Jeżeli ktoś zbiera pieniądze na remont kościelnego dachu, można go zapytać, ile kosztuje dachówka. Jeżeli zbiera na samochód dla misjonarza, można zapytać, jaki samochód zamierza kupić. Ale kiedy zbiera na prześladowanych chrześcijan, pytanie o pieniądze zaczyna brzmieć podejrzanie. Czyżbyś nie współczuł prześladowanym? Czyżbyś nie chciał pomagać braciom? A może w ogóle nie jesteś chrześcijaninem?
Nie trzeba nawet wypowiadać tych pytań. Wystarczy atmosfera, w której ich zadanie wydaje się niestosowne.
Tymczasem apostoł Paweł, organizując zbiórkę dla potrzebujących świętych, nie uznał, że szlachetny cel zwalnia go z odpowiedzialności finansowej. W Drugim Liście do Koryntian (8,20–21) wyjaśnia, że chce uniknąć podejrzeń dotyczących zarządzania powierzonymi darami i troszczy się o uczciwość nie tylko przed Bogiem, ale również przed ludźmi.
Najwyraźniej Paweł nie znał jeszcze nowoczesnych zasad chrześcijańskiego fundraisingu, zgodnie z którymi wystarczy opowiedzieć dramatyczną historię, a pytania o rozliczenie pieniędzy pozostawić ludziom małej wiary.
Wielka fabryka pomagania
JFBTG nie jest wiejską świetlicą, w której kilka emerytek pakuje paczki dla potrzebujących. To międzynarodowa struktura zatrudniająca pracowników, prowadząca badania, wydająca raporty, organizująca szkolenia, przygotowująca kampanie informacyjne i pozyskująca pieniądze w wielu krajach.
W rzeczywistych sprawozdaniach organizacji, która posłużyła za inspirację dla JFBTG, znajdujemy kwoty liczone w dziesiątkach milionów euro. Niemiecki oddział otrzymał w 2024 roku około 35,8 miliona euro darowizn. Wydał 33,5 miliona, z czego 20,9 miliona stanowiły transfery na projekty zagraniczne, 7,7 miliona przeznaczono na kampanie i działalność informacyjną, a 4,9 miliona na administrację.
Innymi słowy, na kampanie i działalność informacyjną przypadało około 23 procent wydatków, a na administrację kolejne 14,7 procent. Oczywiście kampania informacyjna może służyć również obronie praw prześladowanych. Nie zamierzam więc udawać, że całe te pieniądze wydano na reklamy zachęcające do kolejnych wpłat. Zastanawiam się jedynie, ile z tego wielkiego przedsięwzięcia jest pomocą prześladowanym, a ile działalnością polegającą na przekonywaniu reszty chrześcijaństwa, że powinna wspierać JFBTG.
W Wielkiej Brytanii w 2024 roku fundacja osiągnęła ponad 17 milionów funtów przychodów, a na samo pozyskiwanie funduszy wydała 1,75 miliona funtów. Cztery lata wcześniej było to około 864 tysięcy funtów. Wydatki na zbieranie pieniędzy wzrosły więc ponad dwukrotnie, podczas gdy przychody pozostały na zbliżonym poziomie.
Nie twierdzę, że pracownicy organizacji charytatywnych powinni pracować za darmo. Chciałbym jedynie wiedzieć, ile kosztuje cała droga mojego pieniądza od kościelnej ławki do prześladowanego chrześcijanina. Ile razy po drodze zostanie zaksięgowany, przekazany, obsłużony, skontrolowany i opisany w raporcie?
Ile ostatecznie zostanie z niego pomocy?
Można znaleźć publiczne sprawozdania finansowe, a część z nich podlega niezależnemu badaniu. Ale prawidłowo prowadzone księgi nie oznaczają jeszcze skutecznej pomocy. Zaksięgowanie miliona euro przeznaczonego na szkolenia dowodzi, że pieniądze zostały zaksięgowane. Nie dowodzi, że dzięki szkoleniom choćby jeden człowiek odzyskał bezpieczeństwo, pracę albo możliwość samodzielnego utrzymania rodziny.
Moje pieniądze poszły na pocztę
Sam kiedyś postanowiłem wesprzeć prześladowanych chrześcijan i wpłaciłem na ten cel parę złotych. W nagrodę otrzymałem kolorową gazetkę. Potem następną. I kolejną. Ponieważ często się przeprowadzałem, a darowizny zdarzało mi się wpłacać z różnych kont, gazetki zaczęły przychodzić pod kilka adresów. Dostawała je moja matka, babcia, a nawet nowy lokator mieszkania, z którego dawno się wyprowadziłem. W ten sposób moja skromna darowizna zaowocowała imponującą działalnością wydawniczą.
Kilka razy prosiłem e-mailowo o zaprzestanie wysyłki. Otrzymywałem zapewnienia, że moje dane zostały usunięte z bazy i problem się nie powtórzy. Gazetki jednak przychodziły nadal. W końcu wysłałem bardziej stanowcze pismo, na które otrzymałem osobliwą odpowiedź: nie powinienem się przejmować, ponieważ wydrukowanie i wysłanie jednej broszurki kosztuje zaledwie złoty z groszami.
Kamień spadł mi z serca. Martwiłem się, że moje pieniądze, przeznaczone dla prześladowanych chrześcijan, są marnowane na niechcianą korespondencję. Tymczasem okazało się, że są marnowane bardzo oszczędnie.
Nie wiem, ile dokładnie broszurek wysłano pod moje dawne adresy i ile to wszystko kosztowało. Wiem jedynie, że organizacja przez długi czas nie potrafiła wykonać znacznie prostszego zadania niż pomoc prześladowanym na drugim końcu świata: przestać wysyłać gazetki człowiekowi, który ich nie chciał.
Być może do dziś jakiś przypadkowy lokator wyciąga ze skrzynki kolejne kolorowe świadectwo tego, jak wielką troską JFBTG otacza prześladowany Kościół.
Dwa tysiące pięćset powodów do modlitwy
Kiedy zacząłem przeglądać raporty organizacji, natrafiłem na jeszcze ciekawsze świadectwa jej działalności. W raporcie za 2022 rok, wśród osiągnięć uzyskanych dzięki wsparciu darczyńców, znalazła się informacja, że zamówiono 2500 egzemplarzy materiałów Secret Pray, pomagających dzieciom modlić się za prześladowanych chrześcijan.
Dwa tysiące pięćset zamówień materiałów pomagających dzieciom w modlitwie!
Nie wiem, jak wyglądałaby sytuacja prześladowanego Kościoła, gdyby tych materiałów nie zamówiono. Być może dzieci modliłyby się bez instrukcji. Być może rodzice sami opowiedzieliby im o potrzebujących. Być może nawet otworzyliby Biblię.
Nie mam nic przeciwko materiałom edukacyjnym dla dzieci. Ale dlaczego liczba ich zamówień znajduje się wśród osiągnięć organizacji pomagającej prześladowanym? Zamówienie broszury jest osiągnięciem drukarni, działu dystrybucji albo działu marketingu. Może być początkiem czegoś pożytecznego. Nie jest jednak samo w sobie dowodem, że sytuacja choćby jednego prześladowanego człowieka uległa poprawie.
W tym samym zestawieniu organizacja chwali się również wzrostem liczby użytkowników mediów społecznościowych oraz spotkaniami z prelegentami. Wszystko pod nagłówkiem informującym o tym, co udało się osiągnąć dzięki wsparciu darczyńców.
Czyli osiągnięciem fundacji pomagającej prześladowanym chrześcijanom jest także to, że więcej ludzi obserwuje fundację pomagającą prześladowanym chrześcijanom.
Imponujące.
Jeszcze ciekawiej robi się w globalnym raporcie za 2024 rok. Dowiadujemy się z niego, że pomocą objęto ponad 9,5 miliona beneficjentów. To ogromna liczba. Ale kiedy przyjrzymy się jej dokładniej, okaże się, że 5,77 miliona osób przypisano do szkoleń biblijnych, 2,53 miliona do dystrybucji Biblii i literatury chrześcijańskiej, a około 536 tysięcy do pomocy społeczno-ekonomicznej. Pozostałe kategorie dotyczą między innymi odwiedzin, badań i rzecznictwa.
Oczywiście rozdawanie Biblii w krajach, w których ich posiadanie jest niebezpieczne, może wymagać odwagi. Szkolenia mogą być potrzebne, a pomoc materialna rzeczywiście może odmienić czyjeś życie. Ale rozdanie książki, przeszkolenie człowieka i nakarmienie głodnej rodziny są trzema różnymi osiągnięciami. Nie stają się jednym tylko dlatego, że można je wyrazić liczbą osób.
Co więcej, imponująca suma 9 553 640 beneficjentów jest dokładnie sumą pięciu kategorii przedstawionych w raporcie. Czy ktoś, kto otrzymał Biblię i uczestniczył w szkoleniu, został policzony raz czy dwa razy? Czy mówimy o unikalnych osobach, czy o sumie osób wykazanych w poszczególnych działaniach? Na podstawie tego zestawienia nie potrafię tego rozstrzygnąć.
A przecież nie są to drobne szczegóły. Od nich zależy, co właściwie oznacza główna liczba, którą organizacja przedstawia jako swój sukces.
Jest fatalnie. I bardzo dobrze!
Wyobraźmy sobie fundację, której działalność opiera się na informowaniu chrześcijan, że innym chrześcijanom dzieje się krzywda. Fundacja zbiera pieniądze, żeby pomagać prześladowanym, ale także po to, żeby opowiadać o prześladowaniach, przygotowywać kolejne raporty, prowadzić kampanie i docierać do nowych darczyńców. Dzięki temu więcej ludzi dowiaduje się, że jest fatalnie, i więcej ludzi przekazuje pieniądze, żeby sytuacja przestała być fatalna.
A kiedy ukazuje się kolejny raport i okazuje się, że sytuacja jest jeszcze bardziej fatalna? Tym bardziej trzeba wesprzeć fundację!
Oto perpetuum mobile chrześcijańskiej dobroczynności. Organizacja informuje o problemie, zbiera pieniądze na jego rozwiązanie, finansuje również dalsze informowanie o problemie, a następnie przedstawia rosnący zasięg własnej działalności jako sukces. Jeżeli prześladowania maleją, można ogłosić skuteczność pomocy. Jeżeli rosną, można ogłosić, że pomoc jest potrzebna bardziej niż kiedykolwiek. W obu przypadkach odpowiedź brzmi: wesprzyj naszą działalność.
Nie trzeba nawet zakładać, że ktokolwiek w fundacji pragnie dalszych prześladowań. Wystarczy zauważyć, jak skonstruowano mechanizm. Im większe zagrożenie, tym pilniejszy apel. Im straszniejsza historia, tym większa szansa, że ktoś otworzy portfel. Organizacja, której uzasadnieniem istnienia jest nieszczęście, otrzymuje finansową zachętę do nieustannego opowiadania o nieszczęściu.
Prześladowany chrześcijanin staje się bohaterem niekończącego się horroru, a fundacja jego producentem i dystrybutorem. Każdy nowy odcinek przynosi kolejne nieszczęścia, kolejne łzy i kolejne wezwanie do działania. Zabrakło tylko napisu „ciąg dalszy nastąpi”, chociaż właściwie nie jest potrzebny. Wiadomo, że nastąpi. Przecież jest fatalnie i będzie tylko gorzej.
Najbardziej osobliwe jest jednak to, że ten horror oglądają ludzie wierzący w Boga, który według ich własnej Ewangelii zwyciężył świat. Ludzie, którzy śpiewają o triumfie Chrystusa, a następnie z nabożną powagą słuchają kolejnego odcinka opowieści o Kościele pozostawionym na pożarcie wilkom.
Jaki obraz Boga wyłania się z takiej narracji? Boga bezradnego, nieobecnego, może nawet martwego. A jeżeli taki obraz ma być świadectwem o Bogu chrześcijan, to trudno wymyślić skuteczniejszą antyewangelizację.
Kościół, który potrzebuje opiekuna
Najbardziej niepokoi mnie jednak nie sposób liczenia pieniędzy, lecz obraz Kościoła, jaki wyłania się z tej opowieści.
Chrześcijanie są prześladowani. Chrześcijanie cierpią. Chrześcijanie potrzebują pomocy. Chrześcijanie są zagrożeni. Chrześcijanie potrzebują naszej modlitwy. Chrześcijanie potrzebują naszego wsparcia finansowego.
Wszystko to może być prawdą. Ale czy jest to cała prawda o Kościele?
Gdzie podziała się Ewangelia o Królestwie Bożym, którego bramy Hadesu nie przemogą? Gdzie Chrystus, któremu została dana wszelka władza na niebie i na ziemi? Gdzie apostołowie, którzy po otrzymaniu zakazu głoszenia nie organizowali kampanii pod hasłem „Jest fatalnie i będzie tylko gorzej”, lecz modlili się o odwagę?
W Dziejach Apostolskich (4,29–31) prześladowana wspólnota prosi Boga nie o to, by natychmiast usunął wszystkich jej przeciwników, ale żeby pozwolił jej nadal odważnie przemawiać. Kiedy apostołowie zostają wychłostani, odchodzą sprzed Sanhedrynu, ciesząc się, że mogli cierpieć dla imienia Jezusa (Dz 5,41). Paweł, siedząc w więzieniu, nie pisze do Filipian, że wszystko przepadło. Pisze, że jego uwięzienie przyczyniło się do postępu Ewangelii (Flp 1,12–14).
Czy ci ludzie potrzebowali pomocy? Oczywiście. Pierwsze wspólnoty dzieliły się majątkiem, wspierały ubogich i organizowały zbiórki. Ale ich historia nie była opowieścią o bezradnych ofiarach, które przeżyją tylko wtedy, gdy ktoś zamożniejszy sfinansuje ich ocalenie.
W Drugim Liście do Koryntian (4,8–9) Paweł opisuje wierzących jako uciskanych, lecz nie zgniecionych, prześladowanych, lecz nie opuszczonych. To zupełnie inny obraz niż niekończący się horror, w którym wilki rozszarpują owce, a Bóg najwyraźniej czeka na wyniki kolejnej zbiórki.
Można jednocześnie cierpieć i zwyciężać. Można potrzebować pomocy i nie być bezradnym. Można stracić majątek, wolność, a nawet życie, nie tracąc tego, co według Ewangelii jest najważniejsze.
Co ciekawe, w opowieści JFBTG niepostrzeżenie zmienia się również główny bohater. W Nowym Testamencie to Kościół głosi, naucza, pomaga, cierpi, zwycięża i rozwija się pomimo prześladowań. W materiałach fundacji to przede wszystkim ona organizuje, dociera, wspiera, wyposaża i ratuje, podczas gdy Kościół jest tym, któremu nieustannie trzeba pomagać.
Kościół przestaje być bohaterem własnej historii. Zostaje jej nieszczęśliwym przedmiotem, a rolę bohatera przejmuje fundacja.
Ewangelia według wilka
W świecie przedstawianym przez JFBTG najważniejszym bohaterem jest prześladowca. To on rozdaje karty, decyduje o przyszłości Kościoła, wyznacza granice chrześcijańskiej działalności i nieustannie zwiększa skalę zagrożenia. Bóg pojawia się głównie jako adresat próśb, aby coś z tym wreszcie zrobił.
To przypomina mi popularną w niektórych środowiskach chrześcijańskich opowieść o szatanie, który niemal rządzi światem. Wszystko kontroluje, wszystkich zwodzi, wszędzie zwycięża, a Bóg najwyraźniej ma związane ręce. Gdyby nie nasze modlitwy, posty, zbiórki i kampanie, prawdopodobnie nie miałby już żadnych szans.
Tymczasem biblijny Bóg nie prowadzi wyrównanej walki z diabłem. Nie czeka, aż ktoś przechyli szalę zwycięstwa na Jego korzyść. W Psalmie 2 śmieje się z władców, którzy próbują przeciwstawić się Jego panowaniu. W Liście do Kolosan (2,15) Chrystus rozbraja zwierzchności i władze. W Ewangelii Mateusza (28,18) ogłasza, że otrzymał wszelką władzę.
Wszelką. Nie większość. Nie dziewięćdziesiąt dziewięć procent. Wszelką.
Oczywiście chrześcijanie nadal cierpią. Nie przestają być głodni tylko dlatego, że Chrystus zwyciężył świat, a więzienne kraty nie rozsuwają się automatycznie, kiedy ktoś zaczyna się modlić. To jednak nie czyni Boga bezradnym ani Kościoła przegranym. Właśnie dlatego nowotestamentowa opowieść o zwycięstwie Chrystusa potrafi rozgrywać się pośród cierpienia, zamiast udawać, że cierpienie nie istnieje.
Jeżeli więc JFBTG chciałaby rzeczywiście opowiedzieć Ewangelię prześladowanego Kościoła, powinna umieć opowiedzieć nie tylko o sile prześladowców, lecz również o sile tych, którzy pomimo prześladowań nie przestają wierzyć, kochać i działać. Nie potrzebujemy kolejnego chrześcijańskiego biuletynu o wszechmocy zła.
Pomagaj, ale nie czcij
Byłoby absurdem wyciągać z tego kazanka wniosek, że nie należy pomagać prześladowanym chrześcijanom. Należy. I to nie tylko chrześcijanom. Głodnego trzeba nakarmić, chorego odwiedzić, uwięzionego wspomóc, a człowiekowi pozbawionemu środków do życia pomóc odzyskać samodzielność. Nowy Testament nie pozostawia w tej sprawie większych wątpliwości.
Nie nakazuje jednak, abyśmy powierzali te zadania jednej wielkiej organizacji i rezygnowali z prawa do jej oceniania. Nie mówi, że fundacja charytatywna staje się święta przez sam fakt posługiwania się imieniem Chrystusa. Nie przyznaje też żadnej instytucji monopolu na reprezentowanie cierpiącego Kościoła.
Nie interesuje mnie, ile razy JFBTG opowiedziała o pomaganiu, ilu ludziom wysłała gazetkę i ile dzieci zamówiło materiały do modlitwy. Nie interesuje mnie nawet, jak imponująco wyglądają jej roczne sprawozdania. Interesuje mnie, co stało się z człowiekiem, którego cierpienie przedstawiono, żeby przekonać mnie do wpłacenia pieniędzy. Czy otrzymał pomoc? Jaką? Co dzięki niej się zmieniło? I czy ktokolwiek niezależny od fundacji sprawdził, że przedstawione rezultaty odpowiadają rzeczywistości?
Jeżeli organizacja potrafi przedstawić dramatyczną historię człowieka z drugiego końca świata, żeby pozyskać darczyńcę, powinna również potrafić opowiedzieć, co dzięki otrzymanym pieniądzom udało się dla niego zrobić. Oczywiście bez narażania go na kolejne prześladowania. Nie potrzebuję jego nazwiska ani adresu. Potrzebuję wiarygodnych rezultatów.
Nie chcę też, żeby w zamian za moje pieniądze opowiadano mi Ewangelię o bezradnym Bogu, którego Kościół nieustannie przegrywa ze światem. Jeżeli jedyną dobrą wiadomością, jaką JFBTG ma do przekazania, jest wiadomość o istnieniu JFBTG, to coś poszło bardzo nie tak.
Dlatego zanim kolejny przedstawiciel JFBTG zajmie kazalnicę, chciałbym usłyszeć nie tylko historię o tym, jak wcześnie rano zaczyna się modlić. Chciałbym wiedzieć, jakie konkretnie problemy organizacja rozwiązała, jak sprawdzono rezultaty jej działań i ile kosztowało ich osiągnięcie.
A przede wszystkim chciałbym, żeby pozostawiono trochę miejsca dla samego Kościoła, którego historia nie sprowadza się do katalogu nieszczęść.
Nie wiem, jak długo jeszcze będziemy potrzebować fundacji Jest Fatalnie i Będzie Tylko Gorzej. Wiem natomiast, że chrześcijaństwo nie zaczęło się od zbiórki pieniędzy na ratowanie Boga przed światem. I nie skończy się wtedy, gdy zabraknie środków na kolejną kampanię informującą, że jest fatalnie i będzie tylko gorzej.
Jest bowiem w Biblii pewna historia o świecie, w którym naprawdę było fatalnie i miało być tylko gorzej. Bóg polecił wówczas pewnemu człowiekowi zbudować arkę. A kiedy ten wykonał swoje zadanie, wydarzyło się coś, co warto przypomnieć wszystkim zawodowym otwieraczom drzwi.
„A te, które weszły, samiec i samica z każdego ciała weszły, jak mu Bóg rozkazał. I zamknął PAN za nim drzwi.”
JFBTG jest fikcyjną nazwą wykorzystaną w satyrze.
Poprzednie kazanko
Następne kazanko











Co o tym myślisz?
Jeśli spodobał Ci się ten referat i pobudził Cię do przemyśleń, podziel się tym w komentarzu lub pisząc do mnie. Jeśli dzięki temu artykułowi udało Ci się spojrzeć na tą kwestię z innej perspektywy to spełnił on zamierzony cel. Jeśli po lekturze skłaniasz się do zmiany swoich poglądów lub utwierdziłeś się w swoich przemyśleniach, które są sprzeczne z moimi to również chwała Bogu. Pomóż i mi znaleźć prawdę, dzieląc się ze mną i innymi czytelnikami swoimi argumentami na ten temat.