Pobluźnię dalej na tych biednych prześladowanych chrześcijan, a co mi tam. I tak od dawna brukują dla mnie specjalną salę tortur w piekle. Powiem więc, że obraz prześladowanych chrześcijan bywa dla mnie protestancką wersją katolickich dusz w czyśćcu cierpiących. Tu i tu cudza męka dociera do nas przez pośredników, wywołuje pobożne wzruszenie i organizuje religijne życie tych, którzy akurat nie cierpią. O samych zainteresowanych wiemy tyle, ile ktoś zechce nam opowiedzieć. Różnica jest zasadnicza: prześladowani chrześcijanie rzeczywiście istnieją. Nie trzeba ich sobie wyobrażać, a ich krzywdy nie wolno bagatelizować. Właśnie dlatego chciałbym oddzielić żywych ludzi od obrazu, który urządza nam w głowach nasza fikcyjna fundacja Jest Fatalnie i Będzie Tylko Gorzej (JFiBTG).
W poprzednich kazankach przyglądałem się instytucjom i opowieściom, którym zbyt łatwo udzielamy kościelnego kredytu zaufania. Teraz chciałbym otworzyć Biblię i zapytać, co właściwie oznacza w niej prześladowany kościół. Bo z tego, że ktoś cierpi i ma w rubryce „wyznanie” wpisane chrześcijaństwo, wynika na razie, że cierpi człowiek deklarujący chrześcijaństwo. Przyczyna jego krzywdy, jego postawa i przesłanie Jezusa wymagają jeszcze paru zdań. Najlepiej przed puszczeniem slajdów.
Wejherowo bez indeksu prześladowań
Dorastałem w Wejherowie na przełomie XX i XXI wieku. W zęby można było dostać za uśmiech na twarzy albo kolor odzieży, który akurat nie spodobał się hordzie wynudzonych dresów. Nosząc długie włosy, niemal codziennie słyszałem złośliwe komentarze od obcych ludzi. Rzadziej groźby, od czasu do czasu trzeba było zmierzyć się z przemocą. Nieodpowiednia fryzura, kolczyki czy widoczne tatuaże potrafiły też poważnie utrudnić znalezienie pracy. Najwyraźniej kwalifikacje zawodowe wyrastały wtedy razem z prawidłowo przystrzyżoną grzywką.
Gdyby jednak pozamieniać motywy? Wyobraźmy sobie, że zamiast długich włosów mam krzyżyk na szyi, a zamiast katolicyzmu panuje tam buddyzm albo ateizm. Jeżeli nie byłoby w tym społeczeństwie kogoś wyróżniającego się jeszcze bardziej, kto łatwiej nadawałby się na czarną owcę, zostałbym „prześladowanym chrześcijaninem”. Nadal dostawałbym bęcki od ludzi, którzy szukają kogoś do bicia. Moja historia stałaby się za to świadectwem o prześladowanym kościele.
Mój znajomy, wykładowca szkoły wyższej i były perkusista thrashowego Hectora, zespołu z historią sięgającą lat osiemdziesiątych, opowiadał mi anegdoty o przemocy z wcześniejszych dekad. W jednej z nich zakapiory występujący w roli antysatanistów spuścili manto katolickim metalowcom. Chrześcijanie oberwali za szatana od chrześcijan. Metalowcy musieli wtedy liczyć się z atakami, a tępiła ich również milicja. Zazwyczaj byli to więc twardziele. Długie włosy wymagały niekiedy więcej hartu ducha niż pielęgnacji.
Opowiadał też o gościu, który w pociągu nalegał na zdjęcie z zakonnicą. Nie robił tego agresywnie. Był entuzjastyczny i na tyle nachalny, że został skatowany przez pobożny tłum, obruszony obrazą majestatu bardziej niż sama obojętna mniszka. Ot, obraz życia w PRL. Zakonnica nie zaczęła wypisywać grzechów na piasku, ale też nie skakała po ofierze.
Gdy w prezentacji JFiBTG pojawia się pojedynczy filmik z pobicia albo opis prześladowania, często widzę właśnie Wejherowo sprzed ćwierć wieku. Rozpoznaję patologię, w której dorastałem: kilku silniejszych znalazło kogoś, kogo można bezkarnie poniżyć. Wyrwana z otoczenia scena wygląda jak specjalny gatunek okrucieństwa zarezerwowany dla chrześcijan. Tymczasem zastanawiam się, jak wyglądałoby w tym miejscu życie homoseksualisty, świadka Jehowy albo zwyczajnego dziwaka z fryzurą niezatwierdzoną przez lokalną komisję do spraw normalności.
Kościół po obu stronach kija
Obraz chrześcijan jako bezbronnej mniejszości zaczyna się komplikować, kiedy trafiamy do kraju z chrześcijańską większością, choćby do Meksyku. Jeśli katolicka większość prześladuje protestancką mniejszość, to kto tu jest prześladowanym kościołem? A kto prześladowcą? Pod szerokim szyldem „chrześcijaństwo” mieszczą się przecież jedni i drudzy.
W indeksie naszej JFiBTG „chrześcijanin” oznacza człowieka zaliczanego do szeroko rozumianego chrześcijaństwa. W jednym worku znajdą się więc katolicy, protestanci, religijni fanatycy, ludzie sami prześladujący inne wyznania i mniejszości, a także chrześcijanie zbierający baty za działalność polityczną. Ktoś może krzywdzić innych, a w innym miejscu sam oberwać. Jeśli liczymy wyznanie, jego własna krzywda wystarczy, żeby znalazł się po stronie „prześladowanych chrześcijan”. Nie musiał wcześniej żyć nauką Jezusa ani zostać pobity z jej powodu.
Na okładce broszurki spotykamy jednak kogoś znacznie konkretniejszego. To człowiek bity za Chrystusa. Nie może znaleźć pracy, bo czyta Biblię. Czyta ją więc w ukryciu, ale śledzą go i podglądają. Jego wierność Jezusowi wyjaśnia wszystko, co go spotkało. Patrzymy na tę twarz, a potem słyszymy wielką liczbę prześladowanych i bezwiednie mnożymy sobie bohatera z okładki przez liczbę z indeksu.
Do worka zbieraliśmy przynależność religijną. Z worka wyciągamy już naśladowcę Chrystusa.
W takim układzie przynależność do kościoła robi się niezwykle elastyczna. Napastnik reprezentuje religię, ofiara Chrystusa. Przy następnej zbiórce można znowu objąć braterskim uściskiem całe wyznanie. Tylko rękę z kijem dobrze byłoby wcześniej schować za plecami.
Sam fakt pobicia nie powie nam jeszcze, jak ofiara żyła przedtem i jak potraktuje innych, kiedy odzyska przewagę. Właśnie dlatego chciałbym rozumieć, o czym mówimy. O ludziach należących do określonej grupy religijnej? O mniejszości, która ma nieszczęście mieszkać wśród fanatyków? Czy o uczniach Chrystusa cierpiących z powodu tego, czego nauczyli się od niego?
Uchodźca z koloratką
Prześladowanie może mieć również całkiem konkretny powód polityczny. W jednym ze znanych mi zborów opiekę znalazł pastor, który wraz z rodziną uciekł z Białorusi. Przedstawiano go jako prześladowanego chrześcijanina. Zapytałem naszego pastora, czy ten człowiek miał problemy z powodu przesłania biblijnego, czy politycznego.
— Politycznego — odparł. — Ale…
I zaczął tłumaczyć, że jedno z drugim się wiąże. Moim zdaniem w tej opowieści właśnie zatarła się istotna różnica. Był to uchodźca polityczny, który był pastorem. Wyznanie i zajęcie człowieka nie zmieniają automatycznie powodu jego ucieczki. Gdybym oberwał od dresów za długie włosy, również byłbym pobitym chrześcijaninem. Nie znaczyłoby to jeszcze, że pobito mnie za Chrystusa.
Nie uważam kazalnicy za miejsce do prowadzenia partyjnej kampanii. Gdybym w imieniu Jezusa zaczął agitować za własnym programem, nie powinienem potem przedstawiać każdej reakcji na ten program jako ataku na Ewangelię. Chrześcijaństwo nie jest opakowaniem, w którym można wysłać dowolną politykę i zażądać dla niej ochrony należnej przesłaniu Chrystusa. Własne poglądy warto podpisywać własnym nazwiskiem. Jezus nie musi być honorowym przewodniczącym każdego komitetu, który akurat zakładamy.
Za co właściwie oberwałeś
Piotr rozróżnia cierpienie z powodu Chrystusa od cierpienia za wyrządzanie zła. W jednym krótkim fragmencie wymienia mordercę, złodzieja, złoczyńcę i człowieka wtrącającego się w cudze sprawy, a następnie mówi o cierpieniu jako chrześcijanin (1 P 4,14–16). Sam ból nie rozstrzyga więc jeszcze o charakterze mojego świadectwa. Nie każda awantura, z której wyniosłem siniaka i Biblię, staje się dodatkowym rozdziałem martyrologii.
To rozróżnienie nie daje oczywiście prześladowcy rozgrzeszenia. Jeśli człowiek ucieka przed uciskiem, zasługuje na schronienie. A jeśli nawet powiedział coś głupiego, nie wolno go za to skatować. Jeśli prowokował, nadal nie wolno go torturować. Można jednak jednocześnie bronić go przed przemocą i odmówić przedstawienia jego zachowania jako wzoru uczniostwa. Cudzy grzech przeciwko mnie nie zamienia automatycznie wszystkiego, co wcześniej zrobiłem, w cnotę.
Z drugiej strony Jezus mówi o prześladowanych z powodu sprawiedliwości, zanim mówi o prześladowaniu z jego powodu (Mt 5,10–12). Widzę w tym ważne poszerzenie perspektywy. Za odmowę kłamstwa, obronę słabszego czy sprzeciw wobec przemocy może zapłacić także człowiek, który nie umie wymienić czterech ewangelistów. Nie wyprowadzam stąd automatycznie wniosku o jego przynależności do kościoła. Widzę natomiast, że nie dostaliśmy monopolu na sprawiedliwość ani na cierpienie z jej powodu. Chrześcijanin powinien umieć rozpoznać dobro również wtedy, gdy nie ma ono naszej pieczątki.
Nie każde cierpienie chrześcijanina jest cierpieniem z powodu Chrystusa. Każde cierpienie człowieka daje chrześcijaninowi powód, żeby zainteresować się jego losem. Dla udzielenia pomocy nie muszę najpierw ustalić, czy jego rana mieści się w teologicznej definicji. Opatrunek można założyć przed sprawdzeniem legitymacji wyznaniowej.
Hiob i pocieszyciele z gotową odpowiedzią
W Biblii jest zresztą cała księga o człowieku, którego cierpienie nie pasowało do cudzych wyjaśnień. Jej bohater, Hiob, traci majątek, dzieci i zdrowie. Imię Hiob bywa objaśniane jako „prześladowany”, „przedmiot wrogości”. To człowiek cierpiący zarówno z ręki ludzi, jak i wskutek nieszczęść, na które nie zasłużył swoim postępowaniem.
Na początku księgi czterej posłańcy przynoszą Hiobowi wiadomości o kolejnych katastrofach. Dwie spowodowali ludzie: Sabejczycy i Chaldejczycy napadają na jego dobytek i mordują sługi. Dwie pozostałe mają postać żywiołów: ogień spadający z nieba zabija owce i pasterzy, a gwałtowny wiatr burzy dom, w którym giną jego dzieci. Połowa tych czterech nieszczęść przychodzi więc z ludzkim mieczem, połowa z ogniem i wichurą. Hiob doświadcza i cudzej przemocy, i tego, co sami nazwalibyśmy po prostu strasznym pechem.
Przyjaciele próbują dociec, czym sobie na to zasłużył. Świat musi się przecież zgadzać z ich obrazem Boga, więc jeśli fakty przeszkadzają, najwyraźniej trzeba poprawić Hioba. Człowiek ledwie siedzi na gruzach życia, a już przychodzą specjaliści z gotowym kazaniem.
Hiob cierpi, protestuje i pyta. Nie prezentuje wystudiowanej miny wzorowego bohatera świadectwa. W zakończeniu księgi Bóg gani jego przyjaciół za to, jak o nim mówili (Hi 42,7). Ta historia od dawna daje ludziom do myślenia: nieszczęście człowieka nie staje się dowodem naszej teorii tylko dlatego, że bardzo chcielibyśmy ją potwierdzić.
Apostoł po niewłaściwej stronie kija
Apostoł Paweł, znany również jako Szaweł, jest autorem, któremu przypisuje się najwięcej ksiąg Nowego Testamentu — trzynaście. Paweł zaczynał jako prześladowca wspólnoty, do której później dołączył. Dzieje opisują jego zgodę na zabicie Szczepana, niszczenie kościoła, wtrącanie ludzi do więzień i wyprawę do Damaszku z zamiarem dalszych aresztowań (Dz 7,58–8,3; 9,1–2). Robił to z religijnym przekonaniem. Najwyraźniej sumienie też potrafi chodzić w kominiarce, jeśli odpowiednio wcześnie wmówi mu się, że pilnuje Boga.
Ta historia nie kończy się jednak na rozpoznaniu potwora. W drodze do Damaszku Paweł spotyka Jezusa i traci wzrok. W Damaszku Ananiasz, jeden z uczniów Jezusa, ma pójść do człowieka, którego się obawia i o którego działalności wie. Idzie i zwraca się do niego jak do brata (Dz 9,10–19). Nie uniewinnia wcześniejszej przemocy. Uczestniczy w przemianie jej sprawcy. Apostoł Paweł, którego listy czytają dziś kościoły na całym świecie, był wcześniej człowiekiem, przed którym chrześcijanie mieli powód uciekać.
Tutaj zmienia się cała opowieść. Prześladowca nie jest w Biblii stałym elementem scenografii, który ma do końca świata dostarczać nam kolejnych ofiar. Może zostać naszym bratem. Jezus każe kochać nieprzyjaciół i modlić się za prześladowców (Mt 5,44). Przy Pawle trudno potraktować to jako pobożny dodatek do właściwego tematu. Gdyby Ewangelia miała docierać wyłącznie do ludzi stojących po dobrej stronie, on sam nie miałby na co liczyć. Człowiek, którego pojawienie się mogło zapowiadać kolejne aresztowania, ma nam jeszcze wiele do powiedzenia o łasce.
Przywilej cierpienia
Tymczasem JFiBTG pokazuje nam chrześcijanina jako ofiarę, przegranego, człowieka opuszczonego w błocie. Woła o pomoc dla niego i stopniowo zajmuje w tej opowieści miejsce jego jedynej nadziei. Wyłania się z tego osobliwy obraz Boga: stoi obok pobitego, bije mu brawo za wytrwałość i kopie nogami błoto, żeby jeszcze bardziej ubrudzić go cierpieniem i upokorzeniem. Na szczęście nadjeżdża JFiBTG. Ktoś wreszcie zachowa się wobec tego człowieka przyzwoicie.
Jeśli taki obraz zostaje nam po prezentacji, to co właściwie usłyszeliśmy o Bogu? I gdzie podziało się to wszystko, co nazywamy zbawieniem?
Prześladowany i jednocześnie uprzywilejowany. Brzmi jak kiepski dowcip. Paweł pisze Filipianom, że zostało im darowane zarówno wierzyć w Chrystusa, jak i dla niego cierpieć (Flp 1,29). Piotr nazywa znieważanych z powodu Chrystusa błogosławionymi i mówi o obecności Bożego ducha (1 P 4,14). Można się z tym przesłaniem nie zgadzać, ale trudno je pogodzić z obrazem ludzi, których Bóg wyłącznie zgubił i czeka, aż ktoś zamożny ich odnajdzie.
Przywilej polega tu na więzi z Chrystusem i udziale w jego drodze, także wtedy, kiedy kosztuje ona wolność albo życie. Nie oznacza, że cios przestaje boleć. Nie upoważnia też do zalecania pobitym wdzięczności za dobrze spędzony wieczór. Błogosławieństwo cierpiącego nie staje się błogosławieństwem dla ręki, która go bije. Głoszenie nadziei nie daje nam zwolnienia z obowiązku wyciągnięcia człowieka z więzienia, jeśli możemy to zrobić.
Apostołowie potrafili cieszyć się po chłoście, że mogli ponieść hańbę z powodu Jezusa (Dz 5,40–42). Mieli powód do radości, który nie zależał od uznania sądu. To jednak ich świadectwo, a nie norma nastroju, którą możemy narzucić każdej ofierze przemocy. Człowiek nie wypada z kościoła, gdy płacze, boi się albo potrzebuje leczenia po traumie. Nawet w opowieści o zwycięstwie Chrystusa pozostaje miejsce na żałobę.
Ważne jest co innego: prześladowca nie otrzymuje pełnej władzy nad znaczeniem mojego życia. Może odebrać mi bardzo wiele, lecz nie musi przerobić mnie na swoje podobieństwo. Wierzący może nadal kochać, pomagać i odmawiać udziału w złu. W tej perspektywie prześladowany kościół pozostaje wspólnotą działających ludzi. Ma coś do dania również temu, kto przynosi mu pomoc.
Ubodzy organizują zbiórkę
Szczególnie lubię w tym kontekście początek ósmego rozdziału Drugiego Listu do Koryntian. Paweł opisuje wspólnoty Macedonii doświadczane uciskiem i głębokim ubóstwem. Potem informuje, że ludzie ci z wielką gorliwością chcieli uczestniczyć w pomocy dla innych świętych (2 Kor 8,1–5). Ci, których bez trudu umieścilibyśmy na plakacie zbiórki, sami nalegają, żeby móc dawać.
To dopiero niewygodny obraz dla naszej JFiBTG. Ustawiliśmy ubogich w rubryce „beneficjenci”, a oni pchają się do darczyńców. Przygotowaliśmy im rolę dowodu na cudze okrucieństwo i naszą dobroczynność, a oni mają własne plany. W dodatku Paweł przedstawia ich z uznaniem. Nie każe im wracać na zdjęcie, bo właśnie zepsuli czytelny podział na tych, którzy ratują, i tych, których się ratuje.
Nie jest to obraz uciskanego kościoła bez nadziei ze stale pogarszającym się indeksem prześladowań. Dlatego to co przedstawia fundacja Jest Fatalnie i Będzie Tylko Gorzej (JFiBTG) nie pasuje mi do biblijnego obrazu.
W tym samym rozdziale Paweł odrzuca pomysł, by jedni mieli ulgę kosztem udręki drugich, i pisze o wyrównaniu oraz wzajemności (2 Kor 8,12–14). Chodzi o wspólnotę, w której potrzeby i możliwości nie przydzielają ludziom dożywotnich stanowisk. Dzisiaj ktoś wspiera mnie. Jutro ja mogę wesprzeć jego. Zawsze pozostajemy braćmi, również kiedy nasze portfele mają zupełnie inną grubość.
Pozowanie z limem do zdjęcia podpisanego „Bo Ewangelia była za słona” nie jest przeznaczeniem prześladowanego chrześcijanina. Ciężkie doświadczenia i kryzysy przeżywane z Bogiem potrafią stać się spoiwem relacji, której człowiek wygodnie urządzony nawet nie przeczuwa. Prześladowany kościół może mieć dla nas coś bardzo cennego: doświadczenie wiary, która przeszła przez ogień. My zaś bez końca oglądamy jego siniaki.

Nie znamy kazań tych wspólnot. Nie wiemy, jak ci ludzie myślą, co ich cieszy i jak rozumieją przebaczenie. Nie zapraszamy ich do siebie, nie jeździmy do nich w odwiedziny, nie tworzymy z nimi zwykłych ludzkich relacji. Jakby oddzielała nas żelazna kurtyna. Na wakacje potrafimy załatwić tani lot i wizę na drugi koniec świata, ale brat z prezentacji pozostaje mieszkańcem innej rzeczywistości, do której dostęp ma wyłącznie nasz zawodowy pośrednik.
Kiedy w świecie JFiBTG ktoś wreszcie przyjedzie — jedna albo dwie osoby przyprowadzone na pokaz — łatwo zamienić spotkanie w cyrkowy występ. Patrzcie i słuchajcie świadectwa: oto prawdziwi prześladowani chrześcijanie! Ludzie wystawieni jak małpy w cyrku mają potwierdzić, że opowieść prelegenta jest dostatecznie przejmująca. Potem odjadą, a my wrócimy do zbierania pieniędzy na ludzi, których nadal nie znamy.
Wolność także dla człowieka bez krzyżyka
Rozumiem sens organizacji specjalizujących się w pomocy chrześcijanom. To może być silny głos w obronie ludzi, których nikt inny nie słucha. Podobnie działają organizacje wspierające określone grupy zawodowe czy ofiary określonego rodzaju przemocy. Specjalizacja może służyć skuteczności. Nie zamierzam robić z samego jej istnienia oskarżenia ani wymagać, żeby każda fundacja zajmowała się wszystkimi nieszczęściami świata.
Chciałbym jednak, żeby kościół nie ograniczył własnego sumienia do zakresu cudzej działalności statutowej. Jeśli wzrusza mnie chrześcijanin wyrzucony z pracy za wiarę, powinienem umieć zauważyć także świadka Jehowy, muzułmanina czy ateistę skrzywdzonego za przekonania. Jeśli rozpoznaję przemoc wobec moich braci, nie powinienem jej nagle tracić z oczu, gdy ofiarą jest homoseksualista, Rom albo metalowiec. Ich krzywda nie staje się mniej rzeczywista dlatego, że nie pasuje do tematu niedzielnej prezentacji.
Wyobraźmy sobie, że od jutra chrześcijan w pewnym miejscu nie wolno już bić. Napastnicy przenoszą więc zainteresowanie na ludzi bez krzyżyka. Czy dla kościoła sprawa została załatwiona? Jeśli tak, osiągnęliśmy ochronę własnej grupy, ale zostawiliśmy mechanizm przemocy w doskonałej kondycji. Cała reforma polegała na zaktualizowaniu listy dozwolonych ofiar. Jako chrześcijanin chciałbym czegoś więcej niż znaleźć się po właściwej stronie takiej listy.
Najtrudniejszy sprawdzian przychodzi zresztą wtedy, gdy mamy większość i nikt nie przeszkadza nam w praktykach. Co robimy z wolnością człowieka, którego wiara drażni nas równie mocno, jak nasza drażniła kiedyś innych? Jeśli używamy przewagi, żeby go uciszyć, właśnie nauczyliśmy się obsługiwać kij, na który wcześniej składaliśmy skargę. Można cierpieć w jednej miejscowości i krzywdzić w drugiej. Sama historia własnej krzywdy nie zapewnia odporności na zostanie sprawcą.
Ewangelia dla człowieka z kluczami
W mieście Filippi Paweł i jego towarzysz Sylas zostają pobici i uwięzieni. W nocy dochodzi do trzęsienia ziemi i otwierają się drzwi więzienia. Strażnik, przekonany, że więźniowie uciekli, zamierza odebrać sobie życie. Paweł go powstrzymuje. Później strażnik pyta Pawła i Sylasa, co ma zrobić, żeby zostać zbawionym (Dz 16,25–34). Dość osobliwy podział ról. Człowiek pilnujący więzienia szuka ratunku u ludzi, których miał pilnować. Jeszcze przed chwilą to jego uznalibyśmy za osobę panującą nad sytuacją. Z punktu widzenia Ewangelii trzeba się jednak uważniej przyjrzeć, kto tutaj jest zgubiony.
Prześladowany chrześcijanin może potrzebować uwolnienia, lekarza i pieniędzy na życie. Według wiary, którą głosimy, został już jednak uratowany przez Jezusa. Nawet więzienie i śmierć nie unieważniają tego ocalenia. Jego prześladowca może tymczasem spokojnie skończyć zmianę, zjeść kolację i nadal pozostawać człowiekiem, który nie zna takiego ratunku. Kiedy próbuję spojrzeć na nich z tej perspektywy, zaczynam się zastanawiać, czy nasz niepokój nie powinien sięgać również za biurko komendanta. Pomagając człowiekowi wydostać się z więzienia, można przecież pamiętać o tym, który nadal będzie do niego przychodził do pracy.
Za kratami może siedzieć człowiek wolny i wygrany, a po drugiej stronie krat stać człowiek zniewolony, który nie zna ratunku. Z perspektywy Ewangelii to on pozostaje ofiarą zniewolenia, z którego sam nie umie się wydostać.
JFiBTG pokazuje człowieka ocalonego jako zgubionego, a człowieka zgubionego pozostawia w roli problemu.
Gdzie w tej opowieści mieszczą się cierpienie i dramat prześladowcy? Gdzie zobaczę człowieka, którego własna nienawiść oddala od życia? Chciałbym czasem usłyszeć historię współczesnego Szawła, zanim zostanie Pawłem. Dowiedzieć się, jak do niego dotrzeć. Tymczasem po prezentacji mogę wyjść przejęty beznadziejnym położeniem kościoła i z jeszcze większą niechęcią do jego przeciwników. JFiBTG poruszyła moje serce, ale w którą stronę?
A czego uczy Master? Żeby drukować kolejne modlitewniki za prześladowanych?
Miłujcie swoich nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują.
Mateusza 5:44
Jeśli modlę się za prześladowcę, to znaczy, że zależy mi na jego losie. Jest więc również adresatem moich starań, tego, jak o nim mówię i co mu pokazuję.
Wracam tu do mitu o chrześcijanach rozjechanych walcem, który opisałem w poprzednim kazanku. Wyobraźmy sobie funkcjonariusza reżimu, do którego docierają zachodnie materiały chrześcijańskie. Znajduje w nich sensacyjny opis zbrodni, a kiedy sprawdza jego podstawy, nie znajduje ich. Co właściwie zobaczy? Ludzi, którzy traktują prawdę jak marionetkę? Kolejny obóz przekonany, że w słusznej sprawie można sobie pozwolić na trochę propagandy?
Taki człowiek może służyć okrutnej władzy i jednocześnie trafnie rozpoznać nierzetelność konkretnego oskarżenia. To nie uniewinni reżimu. Podważy jednak wiarygodność nas samych. Jeśli znajdzie w naszych materiałach kłamstwo albo manipulację, zobaczy ludzi posługujących się znajomymi mu narzędziami. Tyle że tym razem służą one interesowi chrześcijan. Jeżeli za chwilę opowiemy mu o Jezusie, będzie już pamiętał, jak obchodziliśmy się z prawdą, kiedy potrzebowaliśmy jego twarzy na plakacie z napisem „prześladowca”. Zanim dostał od nas Ewangelię, dostał powód, żeby nam nie wierzyć.
Rozumiem potrzebę naciskania na władze i wywalczania ochrony dla krzywdzonych. Zastanawiam się jednak, jaki obraz Chrystusa pozostawiamy po drodze. Można zbudować skuteczną machinę wpływu, a człowieka po drugiej stronie nauczyć jedynie tego, że chrześcijanie też mają własny aparat propagandy. Czy w naszych materiałach jest dla niego jeszcze miejsce jako dla kogoś, kogo chcemy pozyskać? Czy występuje już wyłącznie jako zagrożenie uzasadniające istnienie naszej organizacji? Dla prześladowanych to ich własne życie. Dla nas prześladowania mogą stać się treścią kolejnej prezentacji. Warto czasem sprawdzić, komu właściwie służy sposób jej opowiadania.
W opowieści o Jezusie widzimy uczniów posłanych do zgubionych. W opowieści JFiBTG zgubieni stają się przeszkodą w zapewnieniu bezpieczeństwa zbawionym. Zastanawiam się, kiedy uznaliśmy tę zamianę za oczywistą.
Kiedy więc słyszę prośbę o modlitwę za prześladowanych, coraz częściej myślę także o prześladowcach. Nawet z większym niepokojem. Ci pierwsi, jeśli wierzymy własnej Ewangelii, mają już Zbawiciela. Ci drudzy mogą nawet nie wiedzieć, jak bardzo go potrzebują. Zastanawia mnie jednak, dlaczego człowiek zgubiony tak łatwo pozostaje w naszych opowieściach wyłącznie sprawcą kłopotów człowieka ocalonego. Może właśnie jego położenie powinno nas przerazić najbardziej.
Strażnik z Filippi odnalazł ratunek u swoich więźniów. Ciekawi mnie, czy funkcjonariusz czytający nasze materiały mógłby dostrzec w nas ludzi, którzy mają dobrą wiadomość również dla niego.











Co o tym myślisz?
Jeśli spodobał Ci się ten referat i pobudził Cię do przemyśleń, podziel się tym w komentarzu lub pisząc do mnie. Jeśli dzięki temu artykułowi udało Ci się spojrzeć na tą kwestię z innej perspektywy to spełnił on zamierzony cel. Jeśli po lekturze skłaniasz się do zmiany swoich poglądów lub utwierdziłeś się w swoich przemyśleniach, które są sprzeczne z moimi to również chwała Bogu. Pomóż i mi znaleźć prawdę, dzieląc się ze mną i innymi czytelnikami swoimi argumentami na ten temat.