W imię Ojca, Syna i niesprawdzonej informacji
W tym kazanku wraca fikcyjna fundacja JFiBTG. Nie jest ukrytym oznaczeniem konkretnej organizacji, lecz bohaterem satyry o tym, co robimy z cudzym cierpieniem, dobrymi intencjami i własnym zaufaniem. Osobiste wspomnienia opisuję jako wspomnienia; tam, gdzie sięgam do opublikowanych materiałów, podaję źródła.
JFiBTG przyjeżdża do kościoła z dobrym przesłaniem. Chce pomóc ludziom, dla których wyznawanie wiary w Jezusa oznacza ryzyko utraty wolności, zdrowia, a nawet życia. Przy okazji można kupić książeczki, obejrzeć prezentację i dowiedzieć się, ile dobra da się zrobić za pieniądze, które w przeciwnym razie moglibyśmy zmarnować na całkiem przyjemne życie.
Taką scenę potrafię sobie wyobrazić bez większego wysiłku. Kiedy byłem świeżo nawróconym chrześcijaninem, kupiłem podczas kościelnego spotkania książeczkę o prześladowaniach w Korei Północnej. Był to zbiór opowieści tak makabrycznych, że trudno było uwierzyć, iż człowiek może być aż tak okrutny. A jednak uwierzyłem. Nie przyszło mi nawet do głowy, żeby sprawdzać wiarygodność historii rozpowszechnianych przez chrześcijańskich gości zaproszonych do prowadzenia części nabożeństwa.
Przecież nie zaproszono ich po to, żeby opowiadali nam bajki. Gdyby przyszli sprzedawać cudowne garnki, zapewne ktoś zapytałby o warunki gwarancji. Przyszli jednak ze świadectwami, a świadectwa, jak wiadomo, przyjmuje się z wiarą.
Jedną z historii zapamiętałem szczególnie. Robotnicy budujący drogę dla północnokoreańskiego przywódcy mieli odkryć ukrywających się chrześcijan, a następnie rozjechać ich walcem drogowym. W mojej pamięci pozostał szczegół: ofiary ustawiono stopami w stronę nadjeżdżającej maszyny, aby przed śmiercią zdążyły nacierpieć się jak najwięcej.
Łyknąłem to bez popijania.
Dopiero po latach zacząłem zadawać pytania, które powinny były nasunąć mi się od razu. Kto widział tę egzekucję? Kto rozmawiał ze świadkiem? Skąd znamy kolejność zdarzeń i intencje sprawców? Czy relację sprawdzono? I dlaczego właściwie uznałem, że książeczka kupiona w kościele nie wymaga takich pytań?
Odpowiedź na ostatnie pytanie była najprostsza. Opowieść otrzymała w moich oczach kościelną autoryzację. Uwierzyłem ludziom, którym ktoś pozwolił przemawiać podczas nabożeństwa. Zaufanie do wspólnoty przeniosłem na wiarygodność każdej informacji przekazanej przez jej gościa.
Nasza JFiBTG nie musiała nawet o to prosić. Wystarczyło stanąć za kazalnicą.
Walec, który przejechał przez źródła
Ta opowieść nie istnieje wyłącznie w mojej pamięci. W raporcie amerykańskiej Komisji ds. Międzynarodowej Wolności Religijnej z 2005 roku, zatytułowanym Thank You Father Kim Il Sung, znajduje się relacja o egzekucji pięciu chrześcijan, do której miało dojść w Korei Północnej w 1996 roku. Jej źródłem był rozmówca przedstawiony jako były żołnierz uczestniczący w budowie drogi w okolicach Nampo.[1]
Istnieje więc opublikowana relacja o zdarzeniu. Samo jej opublikowanie nie oznacza jednak niezależnego potwierdzenia tego, co opisano. Nie muszę udowodnić, że egzekucję zmyślono, żeby odmówić przedstawiania jej jako ustalonego faktu. To człowiek głoszący taką historię ma wykazać, na czym opiera swoje twierdzenie. Słuchacz nie ma obowiązku dowodzić, że coś się nie wydarzyło.
Brak potwierdzenia nie rozstrzyga, co wydarzyło się w Korei Północnej. Ma jednak zasadnicze znaczenie dla tego, co możemy odpowiedzialnie mówić. Nie mamy podstaw, by przedstawiać niesprawdzoną opowieść jako fakt. A kiedy służy ona oskarżaniu ludzi, podsycaniu wrogości, pozyskiwaniu pieniędzy albo przekonywaniu kogoś do wiary, nie wolno zasłaniać się zdaniem: „Przecież nikt nie udowodnił, że to nieprawda”. Gdyby to wystarczało, wolno byłoby ogłaszać wszystko, co ktoś usłyszał albo sobie wyobraził. Wystarczyłoby zadbać, żeby nie dało się tego sprawdzić.
W styczniu 2014 roku pastor Eric Foley z Voice of the Martyrs Korea opublikował tekst Don’t Believe Everything You Hear Reported About North Korea. Wskazywał w nim historię o walcu jako sensacyjną opowieść opartą na jednym źródle, słabo pasującą do znanych mu metod represjonowania chrześcijan. Opisał też rozmowę z działaczem, który zamierzał przedstawić śmierć kobiety jako karę za rozprowadzanie Biblii, chociaż sprawa dotyczyła działalności pomocowej uznanej za szpiegostwo. Uzasadnienie miało być proste: historia z Biblią zainteresuje media. Foley potępił takie postępowanie i napisał, że jego organizacja wymaga trzech źródeł przed uznaniem doniesienia za potwierdzone.[2]
To ważny głos z samego środowiska pomagającego prześladowanym. Człowiek zaangażowany w tę pracę mówi: sprawdzajmy. Troska o ofiary nie zwalnia z rzetelności. Właśnie ona do rzetelności zobowiązuje.
Wyobrażam sobie jednak zakłopotanie naszej JFiBTG. Prawdziwa krzywda jest straszna, ale jej opis bywa mało efektowny. Długotrwała izolacja, bieda, utrata pracy, lęk o dzieci — jak tu zmieścić to wszystko na jednym slajdzie? Walec jest znacznie prostszy w obsłudze. Przynajmniej w prezentacji.
Tylko że cierpienie ludzi nie jest materiałem, z którego wolno dowolnie układać coraz bardziej poruszające scenariusze. Nawet kiedy opowiadamy o rzeczywistym reżimie i rzeczywistych prześladowaniach. Nie potrzebujemy dodatkowych okropności, żeby uznać krzywdę za krzywdę.
Może właśnie dlatego głos prześladowanych chrześcijan, za który JFiBTG się uważa, powinien od czasu do czasu ustąpić miejsca głosowi redaktora sprawdzającego źródła.
Ręka, która miała odrosnąć
Pamiętam również kościelne spotkanie, podczas którego usłyszałem historię o człowieku, któremu miała odrosnąć ręka. Nie chodziło o odzyskanie sprawności, zagojenie rany ani zrośnięcie kości. Zapamiętałem opowieść o odrośnięciu utraconej kończyny, przedstawionym jako cudowne, niewytłumaczalne wydarzenie.
Właśnie dlatego podszedłem po spotkaniu i zapytałem o dokumentację. Chciałem móc opowiedzieć o tym innym. Jeżeli człowiekowi rzeczywiście odrosła ręka, mamy do czynienia z czymś, co mogłoby zainteresować całą ludzkość. Nie z kolejnym świadectwem ustąpienia bólu pleców podczas modlitwy, lecz z regeneracją ludzkiej kończyny.
Według mojego wspomnienia zapewniono mnie, że dokumentacja istnieje, a sprawa zostanie przedstawiona w przygotowywanym filmie. Minęły lata. Filmu nie zobaczyłem. Dokumentacji również. Nie wiem, czy coś opublikowano w miejscu, do którego nie dotarłem. Nie mam też zapisu rozmowy, który pozwalałby dziś niezależnie odtworzyć jej przebieg. Dlatego nie przypisuję tej wypowiedzi konkretnej organizacji. Opisuję własne doświadczenie słuchacza, który usłyszał niezwykłą historię i chciał sprawdzić, na czym ją oparto.
W satyrycznej wersji przy mikrofonie stoi nasza JFiBTG. Jej przedstawiciel nie rozumie, dlaczego ktoś zadaje dodatkowe pytania, skoro sala właśnie przeżywa coś pięknego. Przecież człowiekowi odrosła ręka, ludzie odzyskali nadzieję, a tu nagle ktoś domaga się załączników.
Chrześcijanie potrafią godzinami dyskutować o właściwej formule chrztu, długości kobiecych włosów i kolejności wydarzeń podczas końca świata. Ale gdy ktoś oznajmia, że człowiekowi odrosła kończyna, potrafi nam wystarczyć zapewnienie, że powiedział to inny chrześcijanin. Najwyraźniej sprawdzanie cudów wymaga mniej gorliwości niż sprawdzanie, czy sąsiad właściwie obchodzi niedzielę.
Historia o walcu miała przekonać mnie o okrucieństwie prześladowców, historia o ręce — o potędze Boga. Jedna budziła grozę, druga zachwyt. W obu przypadkach łatwo było uznać wiarygodność opowiadającego za wystarczający dowód. Tymczasem prawdziwość relacji nie zależy od emocji, które wywołuje, ani od tego, jak bardzo chcielibyśmy, żeby była prawdziwa.
Piekło odkryte przez inspektora budowlanego
Istnieją też historie, przy których nie musimy zatrzymywać się na zawodnej pamięci słuchacza. Rich Buhler opisał sprawdzanie legendy o sowieckim odwiercie, z którego miały dobiegać krzyki potępionych. Trafiła ona między innymi do chrześcijańskiej telewizji Trinity Broadcasting Network. Powoływano się na fińską publikację i list Norwega Åge Rendalena. Buhler prześledził łańcuch odsyłających do siebie źródeł i skontaktował się z Rendalenem.[3]
Norweg przyznał, że dopisał własną mistyfikację: opowieść o demonicznej postaci wydostającej się z odwiertu. Dołączył artykuł z fałszywym tłumaczeniem. Oryginał dotyczył inspektora budowlanego. Podał dane umożliwiające sprawdzenie listu, ale według relacji Buhlera telewizja rozpowszechniła materiał bez kontaktu z nim. Buhler przytoczył również wypowiedź prowadzącego, który przyznawał, że nie wie, czy historia jest prawdziwa, a zarazem wskazywał na ludzi mających dzięki niej nawrócić się do Chrystusa.[3]
Odkrycie piekła pozostawało więc niepewne. Skuteczność opowieści miała wystarczyć za uzasadnienie emisji.
Nasza JFiBTG powinna zamówić mikrofon. Wiertnię może wypożyczyć. Gdyby niczego nie odkryła, zawsze pozostaje liczba wzruszonych słuchaczy.
Owady świętują, rozum odpoczywa
Nie wszystkie podobne doświadczenia wiążą się z organizacjami pomocowymi. Pamiętam kazanie u adwentystów, podczas którego usłyszałem o odkryciu amerykańskich naukowców: owadach świętujących szabat. Nie przedstawiam tego jako poglądu całego wyznania. Opisuję jedną zapamiętaną wypowiedź z kazalnicy. Zabrakło mi wtedy nazwy badania, nazwisk badaczy i wyjaśnienia, jak rozpoznano religijny charakter owadziego odpoczynku.
Samo to, że jakiś organizm wykazuje określony rytm aktywności, nie uprawnia przecież do zapisania go do wspólnoty wyznaniowej. Inaczej mój kot, po uwzględnieniu liczby godzin odpoczynku, okazałby się prawdopodobnie duchownym najwyższej rangi.
Gdzie indziej słyszałem zapewnienia o niewyobrażalnym bólu płodów, tłumaczonym ich rzekomą nadzwyczajną wrażliwością. Tylko że zanim zaczniemy wyliczać rozmiary cierpienia, trzeba ustalić etap rozwoju i warunki odczuwania bólu. Odruch, reakcja organizmu na bodziec i świadome doznanie nie są pojęciami, którymi można dowolnie żonglować. O zdolności odczuwania bólu nie rozstrzyga też samo pojawienie się pierwszych nerwów. Trzeba uwzględnić rozwój i działanie sieci połączeń nerwowych. Przegląd RCOG z 2022 roku uznaje możliwość odczuwania bólu przed 28. tygodniem ciąży za mało prawdopodobną.[4]
Jeżeli mówca chce powoływać się na biologię, powinien znać aktualne ustalenia i ich ograniczenia. Nie wystarczy dołożyć cierpienia do opisu, żeby argument stał się bardziej moralny. Bez tego zamiast wiedzy o rozwoju człowieka otrzymujemy wizję Boga, który miałby zapewniać nadprzyrodzone cierpienie tam, gdzie nie wykazano jeszcze warunków jego odczuwania.
Słyszałem też w kościelnym obiegu teorie spiskowe i opowieść o pastorze przekonującym się do płaskiej Ziemi. Tę ostatnią znam z drugiej ręki, więc nie będę robił z niej udokumentowanej diagnozy czyjegokolwiek zboru. Tak właśnie rodzi się problem: jedna zasłyszana historia bardzo łatwo staje się zdaniem „wiadomo przecież, jak jest w kościołach”.
Kazalnica nie zmienia jednak jakości informacji. Może nadać bzdurze powagę. Może zapewnić jej odbiorców. Nie może sprawić, żeby stała się prawdą.
Człowiek po drugiej stronie mikrofonu
Łatwo wyobrazić sobie JFiBTG jako gabinet cyników, którzy przy porannej kawie wymyślają nową torturę, żeby przed obiadem podnieść wpływy. Tylko że taka karykatura niewiele wyjaśnia. Nie mam powodu zakładać, że duże organizacje pomocowe działają ze złych intencji. Żeby opisać problem, wystarczy przyjrzeć się zwykłemu człowiekowi i zwykłym zachętom.
Pracownik naszej fikcyjnej fundacji pomaga ludziom. Być może zna osobiście rodzinę, która straciła dom, albo dzieci potrzebujące leczenia. Jest też zatrudniony, ma rachunki do zapłacenia i chciałby zachować pracę. Może pragnie awansować, a może nie wyobraża sobie innej drogi zawodowej. Żadna z tych rzeczy nie czyni z niego oszusta. Nie przestaje być człowiekiem tylko dlatego, że jego pracodawca zajmuje się dobrem.
Przed wyjazdem dostaje świadectwo. Nie wymyślił go. Przeczytał je w biuletynie, usłyszał od współpracownika albo otrzymał od człowieka, którego organizacja zna od lat. Opowiada je z przekonaniem, bo ufa źródłu i widzi cierpienie, któremu chce zaradzić. Słuchacze są poruszeni. Pojawiają się wpłaty. Za te pieniądze naprawdę można komuś pomóc.
Następnym razem wybór historii wydaje się oczywisty.
Jeżeli zapytamy, skąd o niej wie, może odpowiedzieć całkiem szczerze: od znajomego misjonarza. Nie kłamie, mówiąc, że od niego usłyszał. Nadal jednak pozostaje pytanie, czy zdarzenie miało miejsce. Uczciwa odpowiedź na pytanie o drogę przekazu nie jest jeszcze potwierdzeniem przekazywanej treści.
Na początku tego łańcucha może być wiarygodny świadek, ktoś, kto źle zrozumiał zdarzenie, człowiek szukający uwagi albo zwykły oszust. Nie wiem, która możliwość zachodzi w konkretnej sprawie. Właśnie dlatego przed przedstawieniem jej jako faktu potrzebna jest weryfikacja. Jeżeli jednak historia działa, nikt nie pyta, a jej sprawdzanie kosztuje czas i pieniądze, bardzo łatwo uznać je za mniej pilne niż następny wyjazd i następna zbiórka.
Nie potrzeba spisku. Wystarczy, że wzruszenie przynosi natychmiastowy wynik, a rzetelność nie dostaje osobnej rubryki w sprawozdaniu.
Firmy, fundacje i stowarzyszenia mają różne cele, ale w każdej organizacji można premiować osiągnięcia tak, że jakość drogi do wyniku schodzi na dalszy plan. Dobre cele nie usuwają tego ryzyka. Mogą nawet utrudniać jego zauważenie: przecież stawką jest pomoc człowiekowi, więc dlaczego ktoś przeszkadza pytaniami?
Tylko że dla chrześcijanina środki pieniężne również nie uświęcają środków.
Kościół, który nauczył mnie pytać
Nie chciałbym, żeby ktoś po tym kazanku uznał, że kościoły są fabrykami bzdur, a poza nimi czeka krystalicznie czysty świat sprawdzonych informacji. Moje doświadczenie jest znacznie ciekawsze. To właśnie w zborach słyszałem jedne z najrozsądniejszych głosów przeciwko mitom.
W 2015 roku mieszkałem w Berlinie. Docierały do mnie alarmistyczne opowieści o uchodźcach. Tymczasem podczas zielonoświątkowego nabożeństwa usłyszałem przedstawicieli organizacji, którzy pokazywali inną stronę tego zjawiska: konkretnych ludzi i możliwość udzielenia im pomocy. Przedstawiali materiały, które pozwalały sprawdzić obiegowe wyobrażenia. Zamiast kolejnego powodu do strachu zobaczyłem okazję do odpowiedzialności.
Podczas pandemii jeden z najbardziej rozsądnych głosów, jakie słyszałem, dochodził z nabożeństw baptystów w Żyrardowie. Gasił teorie spiskowe zamiast dokładać im religijnego paliwa. W moim zborze baptystów w Gdyni również spotykam dbałość o źródła i zachętę, żeby sprawdzać informacje, pytać, skąd pochodzą i czemu służą. Z niektórych kazalnic nie pamiętam podobnych sensacji w ogóle.
Nie twierdzę więc, że każdy zbór musi najpierw urządzić wystawę płaskiej Ziemi, żeby później dojrzeć. Mówię o społecznościach, które znam, i o zmianach, które obserwuję. Widzę postęp. Widzę ludzi uczących się na błędach, prostujących nieprawdę i coraz ostrożniej obchodzących się z cudzą wiarygodnością. Czasem tak szybko, że serce rośnie.
To nie jest kazanko pod tytułem „Jest fatalnie i będzie tylko gorzej”. Nie jest fatalnie. Są dobre organizacje, rozsądni mówcy i odpowiedzialne zbory. Mogą działać jeszcze lepiej, jeżeli będziemy od nich wymagać czegoś więcej niż wzruszeń i zgodności z naszym światopoglądem.
Mity będą pojawiać się i znikać. Wspólnota nie staje się dojrzała w chwili, kiedy osiąga niemożliwą odporność na każdą pomyłkę. Dojrzewa również wtedy, kiedy potrafi pomyłkę rozpoznać, nazwać i poprawić — bez uznawania pytającego za wroga Ewangelii.
Ewangelia według dobrych intencji
Nie trzeba zakładać, że ludzie rozpowszechniający nieprawdę świadomie kłamią. Wielu szczerze wierzy, że służy dobrej sprawie. Chcą budzić współczucie dla prześladowanych, potwierdzać Bożą moc i przyprowadzać ludzi do Chrystusa. Właśnie dlatego samo zapewnienie o dobrych intencjach nie rozwiązuje problemu.
Jeżeli szlachetny cel wystarcza do usprawiedliwienia powielania niesprawdzonych wiadomości, prawda staje się narzędziem. Jest przydatna, dopóki wywołuje pożądany skutek. Kiedy nie wywołuje wystarczająco silnych emocji, pojawia się pokusa, żeby ją poprawić albo przynajmniej nie sprawdzać zbyt dokładnie czegoś, co świetnie działa.
Czyż nie jest to osobliwa metoda głoszenia Boga, którego chrześcijanie nazywają prawdą?
Weryfikacja bywa trudna, zwłaszcza w państwach totalitarnych. Ujawnienie danych świadka może narazić go na niebezpieczeństwo. To realne ograniczenia, ale nie upoważniają do ogłaszania pewności tam, gdzie jej nie ma. Jeżeli nie potrafimy dostatecznie potwierdzić sensacyjnej historii, powinniśmy zrezygnować z używania jej jako dowodu prześladowań albo cudu. Możemy pomagać człowiekowi bez przedstawiania każdej otrzymanej opowieści publiczności.
Samo dopisanie „podobno” również nie załatwia sprawy, jeżeli zaraz potem na tej historii budujemy oskarżenie, apel o wpłatę albo argument za przyjęciem wiary. Zastrzeżenie nie zastępuje potwierdzenia. Nie wystarczy na chwilę ściszyć głos przy niepewności, żeby następnie z pełnym przekonaniem wygłosić wniosek.
Zmyślenia mogą zaszkodzić przede wszystkim tym, którym miały pomóc. Kiedy ujawniona zostaje jedna fałszywa historia, ktoś wykorzysta ją, żeby podważać także prawdziwe świadectwa. Sensacyjny obraz obcego kraju może też podsycać wrogość wobec całych społeczności, zamiast pomagać zrozumieć konkretne represje. Dopisywanie politycznego widowiska do opowieści o ofiarach nie staje się ich obroną tylko dlatego, że autor tak to nazywa.
Biblia wcale nie zachęca do łatwowierności. Paweł poleca Tesaloniczanom badać wszystko i zachowywać to, co dobre. Łukasz wyjaśnia, że prześledził wydarzenia, które postanowił opisać. Pisząc o zmartwychwstaniu Chrystusa, Paweł powołuje się na świadków, z których wielu — jak zaznacza — jeszcze żyło. A gdy rozważa możliwość, że zmartwychwstanie nie nastąpiło, nie pociesza Koryntian liczbą osób, którym ta opowieść poprawiła życie. Pisze, że wtedy daremne są wiara i głoszenie (1 Tes 5,21; Łk 1,1–4; 1 Kor 15,3–8.14–17).
Prawdziwość wydarzenia ma więc znaczenie. Skuteczność opowieści jej nie zastępuje.
Dlaczego człowiek słuchający naszych świadectw miałby zaufać opowieści o zmartwychwstaniu Jezusa, jeżeli chwilę wcześniej z tą samą pewnością przekazywaliśmy mu religijną legendę? Jeżeli nie rozróżniamy świadectwa, pogłoski i faktu, sami uczymy słuchaczy, że najważniejsze jest odpowiednie wrażenie.
JFiBTG może sobie zmierzyć liczbę poruszonych serc. Nie powinna mylić tego wyniku z pomiarem prawdy.
Kto płaci za cudzą opowieść?
Jest w tym jeszcze szkoda, której nie zobaczymy w sprawozdaniu ze zbiórki. Wyobraźmy sobie chrześcijanina, który słyszy w zborze o odrośniętej kończynie. Ufa wspólnocie, więc opowiada o tym koledze spoza Kościoła. Nie próbuje nikogo oszukać. Jest przejęty i chce podzielić się czymś, co uznał za prawdę. Kolega zadaje najprostsze pytanie: gdzie są dowody?
Wierzący wraca do źródła i odkrywa, że dostaje kolejne zapewnienia zamiast dokumentacji. Może nawet słyszy, że nie powinien wszystkiego sprawdzać, tylko bardziej ufać Bogu. Zostaje więc sam z historią, której nie potrafi obronić, i z własnym nazwiskiem, którym przed chwilą ją poręczył.
Człowiek spoza Kościoła ma wówczas podstawy, żeby zakwestionować rzetelność tego źródła. Może powiedzieć: „Podaliście mi coś jako prawdę, chociaż tego nie sprawdziliście”. To uzasadniony zarzut. Nie musi najpierw udowodnić, że zdarzenie nie miało miejsca. Może uznać, że Kościół go okłamuje, i nie da się uczciwie udawać, że jedynym źródłem tej reakcji są uprzedzenia albo zła wola. Nie będzie to dowód fałszu wszystkiego, czego naucza Kościół, ale będzie powód, żeby kolejne zapewnienia traktować z nieufnością. Tego powodu dostarczył sam mówca.
A co z wierzącym? Może poczuć się upokorzony, bo w dobrej wierze naraził się na śmieszność. Może poczuć się zdradzony, bo zaufał ludziom, którzy nie sprawdzili tego, co przekazali mu z takim przekonaniem. Zamiast oparcia we wspólnocie dostał od niej niesprawdzoną historię, z którą teraz musi radzić sobie sam. Jego zaufanie do innych świadectw, mówców, a nawet całej społeczności może zostać poważnie naruszone.
Nie trzeba więc nikogo prześladować za wiarę, żeby zrazić go do Kościoła. Czasem wystarczy wyposażyć go w opowieść, za którą będzie się później wstydził. Nasza JFiBTG odjeżdża po oklaskach. Człowiek zostaje z poczuciem, że użyto jego zaufania, a konsekwencje pozostawiono jemu.
Jeżeli zależy nam na wierze tych ludzi, sprawdzanie informacji jest również formą troski o nich. Nie wystarczy wzruszyć człowieka podczas nabożeństwa. Trzeba jeszcze brać odpowiedzialność za to, z czym wyjdzie do innych.
Popyt na rozsądek
Pozostaje pytanie, kto odpowiada za to, co słyszą wierni. Gość odpowiada za swoje słowa. Organizacja za materiały, które przekazuje. Pastor za sposób zapraszania mówców i reagowania na to, co głoszą. Odbiorca również ma tu coś do zrobienia, choć nie powinien być zmuszany do prywatnego śledztwa po każdym nabożeństwie.
Nie musimy ustalać nazwiska każdego świadka, żeby zasłużyć na prawo do pytania. Wystarczy zapytać: skąd to wiadomo? Czy to potwierdzona informacja, czy otrzymana relacja? Czy są znane zastrzeżenia? Jeżeli obiecano dokumentację, gdzie można ją znaleźć? Jeżeli czegoś nie da się sprawdzić, czy mówca potrafi to przyznać?
Pytanie o źródło nie odbiera prześladowanemu prawa do pomocy. Nie nakłada na ofiarę obowiązku publicznego ujawnienia się. Dotyczy odpowiedzialności człowieka, który posługuje się jej historią, żeby przekonać innych do określonego działania.
Jeżeli będziemy nagradzać każdą sensację, pojawi się pokusa dostarczania kolejnych. Jeżeli zaczniemy doceniać sprawdzanie faktów, transparentność, rozsądne informowanie o efektach i uczciwe „nie wiem”, stworzymy popyt również na takie zachowania. Nie decydujemy o wszystkim, co robią organizacje. Mamy jednak wpływ na to, jaki sposób działania spotyka się z naszym zaufaniem i wsparciem.
Nasza JFiBTG nauczy się wtedy, że przyjazd do zboru wymaga czegoś więcej niż slajdu i poruszającego zakończenia. Być może przywiezie mniej niezwykłych opowieści. Być może zamiast kolejnego cudu pokaże, komu i jak pomogła, co się udało, a czego nie udało się osiągnąć. Może nawet przyzna, że wcześniejsza informacja była błędna.
Mnie to zachęci do zaufania bardziej niż kończyna, która odrasta wyłącznie podczas prezentacji.
Również tego kazanka nie przyjmuj na wiarę
A teraz uwaga dla czytelnika, który nie lubi fundacji albo Kościoła i już chce wykorzystać ten tekst jako gotowy akt oskarżenia: proszę nie robić z mojego wspomnienia tego samego, co ja kiedyś zrobiłem z opowieścią o walcu. Nie zamieniać zasłyszanej historii w pewny fakt tylko dlatego, że pasuje do własnych przekonań.
Moja pamięć spotkania nie jest nagraniem. Fikcyjna JFiBTG nie jest ustaloną tożsamością sprawcy. Rozważania o motywacji jej pracownika nie są wiedzą o intencjach ludzi zatrudnionych w rzeczywistych organizacjach. Wspomnienia o owadach, kończynie czy zapowiedzianym filmie nie mają tu niezależnego potwierdzenia. Nie można się nimi uczciwie posługiwać jako dowodem, że wskazana przez czytelnika fundacja oszukuje.
Z historią o walcu łączy te wspomnienia istotne ograniczenie: samo powtórzenie relacji nie potwierdza jej treści. Są tu osobiste wspomnienia, opublikowane świadectwa, opisane sprawdzanie źródeł i satyryczne sceny. Nie wolno zlać ich w jeden worek z napisem „udowodniono”, a następnie używać przeciwko wybranej organizacji. Czytelnik nie musi dowodzić, że moje wspomnienie jest fałszywe. To ja musiałbym przedstawić dostateczne potwierdzenie, gdybym chciał na jego podstawie stawiać komuś konkretny zarzut. Brak dowodu fałszu nie daje pozwolenia na przedstawianie opowieści jako faktu. Ta zasada obowiązuje także autora kazanka.
Nie jestem dziennikarzem śledczym. To kazanko ma pobudzić do myślenia, wrażliwości, ostrożności i dojrzałości. Nie potrzebuję ustalać winnego konkretnej opowieści, żeby zapytać, dlaczego bez dowodów przyjmujemy jedne historie, a innych nie chcemy sprawdzać, bo ich sprawdzenie byłoby niewygodne.
Chciałbym, żeby organizacje pomagające ludziom działały dobrze i mogły działać jeszcze lepiej. Żeby mówcy traktowali prawdę poważnie, a zbory potrafiły jej wymagać. Żebyśmy nie żądali od innych rozumu dopiero wtedy, kiedy nie zgadzamy się z ich wnioskami.
Jeśli po lekturze ktoś ma ochotę zapytać również mnie: „A skąd właściwie to wiesz?”, kazanko spełniło swoje zadanie.
Wymagajmy prawdy, efektów i transparentności. Nie zawsze będzie to wygodne dla organizacji. Rzetelność jest jednak w interesie ludzi, którym organizacja ma służyć.
„Nie za wymyślonymi bowiem mitami postępowaliśmy wtedy, gdy daliśmy wam poznać moc i przyjście Pana naszego, Jezusa Chrystusa, ale jako naoczni świadkowie Jego wielkości”.
2 P 1,16
Źródła i charakter przywołanych relacji
- U.S. Commission on International Religious Freedom, Thank You Father Kim Il Sung: Eyewitness Accounts of Severe Violations of Freedom of Thought, Conscience, and Religion in North Korea, listopad 2005. Raport (PDF). Raport zawiera relację o egzekucji walcem; istnienie tej publikacji nie jest niezależnym potwierdzeniem wszystkich szczegółów relacji.
- Eric Foley, Don’t Believe Everything You Hear Reported About North Korea, 6 stycznia 2014. Artykuł. Przywołane oceny i opis rozmowy z działaczem są relacją Foleya.
- Rich Buhler & Staff, Drilling to Hell — Facts. Opracowanie. W tekście streszczam opisane przez Buhlera ustalenia i rozmowę z Åge Rendalenem.
- Royal College of Obstetricians and Gynaecologists, Fetal Awareness Evidence Review, grudzień 2022. Raport (PDF). Wnioski dotyczące możliwości odczuwania bólu należy odróżniać od samej obecności nerwów czy reakcji odruchowych.
Zakup książeczki, rozmowa po spotkaniu i pozostałe doświadczenia kościelne są osobistymi wspomnieniami autora, a nie niezależnie odtworzoną dokumentacją zdarzeń. JFiBTG oraz sceny opisujące jej działanie i motywacje to elementy satyry. Nazwy rzeczywistych instytucji w źródłach wskazują autorów materiałów, nie „prawdziwą tożsamość” fikcyjnej fundacji.











Co o tym myślisz?
Jeśli spodobał Ci się ten referat i pobudził Cię do przemyśleń, podziel się tym w komentarzu lub pisząc do mnie. Jeśli dzięki temu artykułowi udało Ci się spojrzeć na tą kwestię z innej perspektywy to spełnił on zamierzony cel. Jeśli po lekturze skłaniasz się do zmiany swoich poglądów lub utwierdziłeś się w swoich przemyśleniach, które są sprzeczne z moimi to również chwała Bogu. Pomóż i mi znaleźć prawdę, dzieląc się ze mną i innymi czytelnikami swoimi argumentami na ten temat.