Kiedy byłem katolikiem, mniej więcej wiedziałem, co muszę robić, żeby po śmierci dostać się do czyśćca. Niebo było dla wybitnych jednostek: tych ludzi z żywotów świętych, których przedstawiano tak, jakby urodzili się już z aureolą, a potem przez całe życie pilnowali, żeby jej nie przekrzywić. W świecie, w którym mnie wychowywano, zwykły człowiek mógł najwyżej liczyć na to, że umrze odpowiednio przygotowany, a potem jakoś przecierpi resztę po drugiej stronie. Pisałem już o tych religijnych postaciach w kazanku „Bohaterowie Biblii to nie porcelanowe figurki”.
Kilka dni po spowiedzi bywało całkiem przyjemnych. Człowiek znajdował się w „stanie łaski uświęcającej”. Oczywiście pozostawało pytanie, czy spowiedź była dostatecznie szczera, czy czegoś się nie zapomniało, czy ksiądz wszystko usłyszał i zrozumiał, ale generalnie przez jakiś czas można było czuć się lżej. Groził mi wtedy, w moim rozumieniu tej nauki, najwyżej możliwie krótki pobyt w czyśćcu. Potem pojawiało się za dużo brzydkich myśli, jakaś kłótnia, przekleństwo, choćby tylko we własnej głowie, i pewność zaczynała się rozszczelniać.
Taryfikator zbawienia
Po masturbacji sytuacja była dla mnie już jasna. Tak mnie uczono: grzech śmiertelny.
Łaskawość Boga, który jeszcze chwilę wcześniej czekał z otwartymi ramionami, zamieniała się w bezwzględność. Gdybym teraz umarł, nie chodziło już o najgorsze sceny z czyśćcowego horroru, lecz o piekło na zawsze. W praktyce wychowania religijnego trafiało to do tej samej kategorii ostatecznego zagrożenia co cudzołóstwo czy morderstwo. Kradzież mogła być lżejsza — zależało ile i co.
Masturbacja miała tę zaletę, że taryfikator wydawał się prostszy.
Nie opisuję tutaj nauki biblijnej. Opisuję religijny świat, w którym dorastałem: to, czego uczono mnie na religii, w kościele i w rodzinie dojrzewającej w tym systemie od pokoleń. W tym świecie człowiek nie tyle ufał Bogu, ile nieustannie sprawdzał swój aktualny status przed Bogiem. I właśnie dlatego pierwsze samodzielne przeczytanie Biblii było dla mnie czymś w rodzaju otwarcia drzwi w dusznym pomieszczeniu.
Pierwsze wyjście z deszczu
Kiedy zorientowałem się, że ogromna część religijnego systemu przedstawianego mi jako oczywiste chrześcijaństwo nie wynika z Biblii, poczułem się wolny jak nigdy wcześniej. Nie musiałem bez przerwy obserwować własnego sumienia jak pracownik monitoringu śledzący podejrzanego typa na szesnastu ekranach. Relacja z Bogiem zrobiła się żywa, a Biblia przestała być elementem wyposażenia religii i stała się punktem odniesienia.
Wolne stały się nawet myśli.
Poszedłem więc do najbliższej lokalnej społeczności chrześcijan i bardzo wiele mi się tam podobało. Każdy znał Biblię, ludzie naprawdę interesowali się tym, co jest w niej napisane, podczas środowych spotkań dyskutowaliśmy, studiowaliśmy tekst i zadawaliśmy pytania. Kazania dawały mi mnóstwo wiedzy o biblijnym świecie. Nie było człowieka, którego interpretacja z definicji miała być ważniejsza dlatego, że nosił odpowiedni strój albo otrzymał odpowiednią pieczątkę od jakiejś instytucji. Wszyscy rzeczywiście byli równi wobec tekstu, a jedynym autorytetem miało być Słowo Boże.
To właśnie dzięki temu udało mi się też obronić przed pierwszymi próbami dopisywania lokalnych zasad. Okazało się, że słucham niewłaściwej muzyki i ubieram się nie całkiem tak, jak powinien chrześcijanin. Zapewne jeszcze kilka rzeczy dałoby się poprawić, tylko że Biblia jakoś nie chciała tego potwierdzić. Byłem wystarczająco asertywny, żeby powiedzieć: pokażcie mi to w tekście. Skoro nie potrafili, moja muzyka, ubrania, pasje i styl życia pozostały moje. Ktoś mniej asertywny mógłby jednak spokojnie przyjąć ludzkie upodobania jako wolę Boga.
Mimo tego doświadczenia nie uważam tamtego czasu za stracony. Wręcz przeciwnie. Każdemu, kto dopiero odkrywa chrześcijaństwo poza znanym sobie systemem religijnym, nadal chętnie powiedziałbym: znajdź lokalną społeczność chrześcijan i zobacz. Poznaj ludzi, posłuchaj, podyskutuj. W najgorszym razie zostawisz tam coś dobrego od siebie, sam coś dobrego zabierzesz i pójdziesz dalej.
Ja po pewnym czasie poszedłem.
I wtedy pojawiła się rynna
Problem nie polegał na tym, że ktoś nagle powiedział: „Jednak musicie zasłużyć na zbawienie”. Nikt tak nie mówił. Przeciwnie, kazania były piękne, często bardzo analityczne, mocno zagłębiały się w tekst Biblii i dawały mi mnóstwo wiedzy. Zbawienie było z łaski, prawo Mojżesza nas nie obowiązywało, Jezus zbawia za darmo. Tylko że niezwykle często na końcu tej pięknej analizy pojawiało się małe ziarenko zwątpienia.
Czy na pewno wierzysz właściwie? Czytasz Biblię, szukając w niej czegoś dla siebie? Źle, powinieneś szukać w niej Boga. Modlisz się nie tak. Myślisz za dużo o sobie. Znowu coś robisz nie tak. Po godzinie pięknego kazania można było więc wyjść nie z kotwicą, ale z nowym pytaniem.
A jeśli moja wiara nie jest prawdziwa?
W katolicyzmie zastanawiałem się, czy nadal jestem w stanie łaski uświęcającej. Tutaj pytanie brzmiało inaczej: czy na pewno naprawdę uwierzyłem? Z czasem zauważyłem też pewien klimat: modlitwy bywały płaczliwe, puenty kazań ponure, dużo miejsca zajmowało cierpienie, zagrożenia i teorie spiskowe. Nie wiem, czy jedno wynikało bezpośrednio z drugiego, ale zacząłem się zastanawiać, czy nie jest to naturalny owoc środowiska, w którym człowiek bez przerwy bada, czy na pewno jest prawdziwym chrześcijaninem. Kotwica duszy łatwo zamienia się wtedy w wykrywacz kłamstw podłączony do własnego serca; każde drgnięcie wskazówki wygląda podejrzanie.
Słownictwo się zmieniło. Mechanizm nie bardzo.
Za darmo, ale pokaż paragony
Najbardziej niezwykłą zdolnością religii jest wypowiedzenie słowa „darmo”, a następnie natychmiastowe znalezienie słowa „ale”. Zbawienie jest za darmo, ale posłuszeństwo jest siostrą wiary. Za darmo, ale musisz wierzyć prawdziwie. Za darmo, ale prawdziwy chrześcijanin przecież się zmienia. Za darmo, ale po owocach poznasz, czy rzeczywiście uwierzyłeś. W bardziej liberalnej wersji nie trzeba już zaliczać konkretnej listy zakazów. Trzeba tylko obserwować wykres: czy jestem coraz lepszy, czy wydaję wystarczająco dużo owoców, czy moje życie potwierdza, że obejmuje mnie łaska.
Szczególne miejsce zajmuje zdanie z Listu Jakuba: „Wiara bez uczynków jest martwa”. To chyba jeden z ulubionych fragmentów ludzi, którzy chcą wyjść spod prawa, ale boją się zrobić ostatni krok. Z jednej strony słyszymy, że zbawienie jest za darmo, uczynki nie zbawiają, a chrześcijanin nie jest pod prawem. Z drugiej natychmiast pojawia się dopisek: prawdziwa wiara musi mieć uczynki, owoce pokażą, czy rzeczywiście uwierzyłeś, a jeśli twoje życie się nie zmienia, być może wcale nie jesteś zbawiony.
I kalkulator wraca, tylko bardziej elegancki.
Nie obliczamy już uczynków potrzebnych do uzyskania zbawienia. Obliczamy uczynki potrzebne do udowodnienia, że zbawienie rzeczywiście otrzymaliśmy. Z punktu widzenia człowieka drżącego o własny los różnica nie jest jednak aż tak wielka. Jeśli mam spojrzeć na własne życie, policzyć owoce, sprawdzić poziom posłuszeństwa i dopiero wtedy odpowiedzieć sobie, czy Chrystus mnie zbawił, to gdzie naprawdę znajduje się moja pewność — w Chrystusie czy w jakości mojego chrześcijaństwa?
Nowe kamienne tablice
Co do prawa Starego Testamentu wszyscy byliśmy zgodni: chrześcijanina ono nie obowiązuje. Problem zaczynał się przy Nowym Testamencie. Listy apostołów potrafiły nagle przybrać postać nowych kamiennych tablic; zdanie skierowane do konkretnej społeczności stawało się paragrafem, rada prawem, a napomnienie kolejnym przykazaniem. Najsurowsze były jednak słowa samego Jezusa, bo jeśli Kazanie na Górze potraktować jako nowy kodeks umożliwiający człowiekowi zasłużenie na Królestwo, Mojżesz zaczyna wyglądać przy nim jak wyjątkowo pobłażliwy ustawodawca.
Jezus zaczyna Kazanie na Górze od ludzi łaknących sprawiedliwości, miłosiernych, czystego serca, czyniących pokój i prześladowanych z powodu sprawiedliwości. Mówi o nagrodzie i o tym, że Bóg widzi. Sprawiedliwość istnieje. Za chwilę zaznacza jednak: „Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo”. I podnosi poprzeczkę do poziomu absolutnego: jeśli wasza sprawiedliwość nie będzie większa niż uczonych w Piśmie i faryzeuszy, nie wejdziecie do Królestwa Niebios. To brzmi poważnie, bo faryzeusze nie byli ludźmi, którzy mieli prawo kompletnie gdzieś. Jezus zarzuca im właśnie to, że skrupulatnie oddają dziesięcinę nawet z mięty, kopru i kminku, a zaniedbują to, co ważniejsze: sprawiedliwość, miłosierdzie i wiarę.
„Słyszeliście, że powiedziano przodkom: Nie zabijaj, a kto by zabił, podlega sądowi. A Ja wam mówię, że każdy, kto gniewa się na swego brata, podlega sądowi; kto zaś powie swemu bratu: Raka, podlega Sanhedrynowi, a kto powie: Głupcze, podlega Gehennie ognia”. — Mt 5:21–22
Mojżesz mówił o morderstwie. Jezus mówi o gniewie, pogardzie i słowie. Nie wystarczy więc nie mieć krwi na rękach. Prawo zostaje przyłożone także do tego, co dzieje się w głowie i w języku.
Za złą myśl czy uczucie — sąd. Za słowo — już gehenna.
Ręka do odcięcia
To nie jest drobna korekta prawa, lecz pokazanie jego absolutnego wymiaru. Potem Jezus robi to samo z cudzołóstwem. Nie wystarczy nie pójść z cudzą żoną do łóżka; wystarczy spojrzeć pożądliwie i sprawa już wydarzyła się w sercu. A chwilę później pojawia się jeszcze ciekawsza instrukcja:
„Jeśli więc prawa twoja ręka jest ci powodem do grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie”. — Mt 5:30
I tutaj zawsze fascynowała mnie pewna rzecz. Czyżby nikt z tych, którzy tak chętnie robią z Kazania na Górze kodeks dla innych, nigdy tą ręką nie wpisał adresu strony z pornografią? Nie napisał komuś współczesnego odpowiednika „Raka” w SMS-ie? Nie pokazał środkowego palca? Jeśli te słowa są po prostu kolejnym kodeksem, dlaczego przy rozwodzie Jezus ma być czytany jak notariusz sporządzający nowe prawo rodzinne, a kiedy mówi o odcięciu ręki, wszyscy natychmiast odkrywamy metaforę?
Wszyscy mieli dwie ręce.
Mojżesz dopuszczał list rozwodowy. Jezus stawia sprawę znacznie ostrzej i właśnie ten fragment bardzo łatwo wyjąć z całego mechanizmu Kazania na Górze i zamienić w armatę do strzelania paragrafami. Człowiek rozwiódł się i wszedł w drugi związek? Żyje w grzechu. Jeśli umrze w takim stanie, pojawia się nawet perspektywa piekła. Tylko dlaczego przy rozwodzie wszystko ma być rozumiane z maksymalną dosłownością, a przy ręce już nie? Może dlatego, że znacznie łatwiej zastosować prawo do cudzego małżeństwa niż do własnej dłoni.
I wtedy zacząłem dostrzegać coś, czego wcześniej nie widziałem. To nie było nowe prawo. To było to samo prawo oglądane pod mikroskopem. Mojżesz mógł zabronić morderstwa, Jezus pokazał gniew. Mojżesz mógł zabronić cudzołóstwa, Jezus pokazał pożądanie. Można wyczyścić ręce, ale co zrobić z głową? Co zrobić z sercem? Jeżeli potraktować Kazanie na Górze jako instrukcję zdobywania życia wiecznego, poprzeczka nie została podniesiona trochę wyżej. Zniknęła gdzieś w chmurach.
Prawo pod mikroskopem
Bogaty młodzieniec przychodzi do Jezusa i pyta, co ma zrobić, żeby otrzymać życie wieczne. Jezus wskazuje przykazania. Młodzieniec odpowiada, że przestrzegał ich od młodości. Wtedy słyszy, że ma sprzedać wszystko, rozdać ubogim i pójść za Jezusem. Odchodzi zasmucony. Uczniowie nie komentują tego w stylu: „No cóż, powinien był bardziej się postarać”. Pytają przerażeni: „Któż więc może być zbawiony?”.
„U ludzi to niemożliwe, lecz u Boga wszystko jest możliwe”. — Mt 19:26
Nie bardzo trudne. Nie dostępne wyłącznie dla najbardziej zdyscyplinowanych. Nie dla jednego człowieka na tysiąc.
Niemożliwe.
Dopiero potem pada: u Boga możliwe. Może więc Kazanie na Górze nie jest nową wersją prawa, którą tym razem mamy wreszcie porządnie wykonać. Może Jezus bierze prawo i wkłada je pod mikroskop tak długo, aż znika ostatnia możliwość powiedzenia: „Ja dałem radę”. Nie zabiłem? A gniew? Nie zdradziłem? A serce? Nie ukradłem? A chciwość? Wykonałem paragraf? A człowiek?
Prawo może działać jak lustro i pokazać twarz. Problem zaczyna się wtedy, kiedy zdejmujemy lustro ze ściany i próbujemy się nim umyć. Tylko Jezus przeszedł przez tę rzeczywistość bez pęknięcia. Jeśli więc jego słowa potraktujemy przede wszystkim jako jeszcze dokładniejszy taryfikator, chrześcijaństwo staje się systemem trudniejszym do zaliczenia niż prawo Mojżesza, a człowiek wraca do tego samego pytania, od którego miał zostać uwolniony: czy zrobiłem wystarczająco dużo?
Adres zamieszkania: grzech
Jednym z ostatnich zabezpieczeń tego systemu jest podział na grzech, który człowiek popełnił, oraz grzech, w którym człowiek trwa. Pierwszy jeszcze da się obsłużyć: chrześcijanin się potknął, wyznał, wstał i idzie dalej. Drugi jest znacznie poważniejszy. Człowiek już nie popełnia grzechu; on żyje w grzechu. Brzmi trochę jak adres zameldowania: „Adres zamieszkania?” — „Żyję w grzechu”.
I tutaj zaczyna się ciekawa księgowość. Papierosy i alkohol potrafią w niektórych środowiskach wyrzucić człowieka poza granice tego, co uchodzi za chrześcijańskie życie. Tylko co właściwie mierzymy? Ktoś czasem popala, ale dwa razy w tygodniu biega, zdrowo je, rusza się i statystycznie może mieć przed sobą dłuższe i zdrowsze życie niż człowiek, który nie pali, za to od dwudziestu lat żłobi dziurę w fotelu, objada się słodyczami i unika wysiłku jak prześladowania. Który z nich bardziej „niszczy świątynię Ducha”? Pierwszy jest po prostu łatwiejszy do złapania, bo papieros wystaje mu z ust.
Grzech zależny od epoki
Jeszcze ciekawiej robi się, kiedy spojrzeć na historię lokalnych zakazów. Bywały środowiska chrześcijańskie, w których pastor z papierosem nie wzbudzał większego zgorszenia, a małżeństwo z chrześcijanką o niewłaściwym kolorze skóry potrafiono traktować jak naruszenie Bożego porządku. Dziś paragraf przeciwko małżeństwom międzyrasowym wycofał się rakiem, za to papieros miejscami awansował niemal do świadectwa apostazji. Alkohol poszedł jeszcze dalej: potrafił wyparować nawet z Wieczerzy. Tradycję rozpoczętą przez Jezusa winem kontynuujemy winogronowym Hortexem. Bracia opowiadali mi też o czasach, gdy meblościanka mogła uchodzić za oznakę światowości: prawilny chrześcijanin miał mieć zwykłą szafę, stół, krzesła i łóżko. Reszta zaczynała pachnieć kompromisem ze światem.
Co będzie „trwaniem w grzechu” za dwadzieścia lat, a które dzisiejsze grzechy przestaną nimi być? Prawo podobno nie zmieniło się ani o jotę.
Związki pod paragrafem
Przy relacjach robi się jeszcze ciekawiej. Dwoje ludzi może żyć od lat w zdrowym, wiernym związku, wspierać się, troszczyć o siebie i wspólnie wychowywać dzieci, ale jeśli nie mają ślubu, można ogłosić, że żyją w grzechu. Ślub jest, ale wcześniej był rozwód? Nadal żyją w grzechu. Ślub jest, rozwodu nie było, ale jedna osoba należy do niewłaściwej denominacji albo w ogóle nie wierzy? W niektórych środowiskach znowu pojawia się problem nie tyle pojedynczego grzechu, ile całego „stanu”.
Najbardziej przewrotny wynik pojawia się wtedy, gdy człowiek przez dziesięć lat „żyje w grzechu” z jedną kobietą, ma z nią dzieci i prowadzi wspólny dom, po czym rodzinę porzuca. Formalnie właśnie wyszedł z grzechu. Może znaleźć sobie nową, odpowiedniejszą żonę, wziąć właściwy ślub i nagle nie ma na niego prostego paragrafu. Gdzie podziała się odpowiedzialność za pierwszą kobietę i dzieci? Gdzie rozwód, porzucenie, rozbita rodzina? W formularzu wszystko zaczęło się zgadzać, więc moralność również może odetchnąć.
I tutaj religijna gramatyka robi się naprawdę osobliwa. Człowiek masturbuje się, chodzi na prostytutki albo uprawia okazjonalny seks? Zgrzeszył. Żałuje, wstaje, idzie dalej. W tej logice może być człowiekiem, który się przewraca i znowu podnosi. Ale ten, który od piętnastu lat żyje z jedną kobietą, jest jej wierny, troszczy się o nią i nazywa ją żoną, tylko nie posiada odpowiedniego papieru, ma grzeszyć dwadzieścia cztery godziny na dobę. Pierwszy grzeszy seriami, ale punktowo. Drugi może od lat nie robić niczego, co sam uważa za zdradę czy rozwiązłość, lecz jego adres zamieszkania nadal brzmi: grzech.
Rozwodnik trwa. Morderca zgrzeszył.
Najbardziej groteskowy wynik otrzymujemy przy rozwodzie. Jeżeli człowiek rozwiódł się i żyje w drugim związku, niektóre systemy będą widziały jego grzech każdego ranka. Nie zrobił już niczego nowego; wstał, zrobił kawę i powiedział żonie „dzień dobry”, ale nadal „trwa”. Gdyby jednak zamiast rozwodu zamordował pierwszą żonę, morderstwo byłoby czynem dokonanym. Straszliwym, ale dokonanym. Mógłby je wyznać, żałować, nawrócić się i po latach opowiadać świadectwo o tym, jak nisko kiedyś upadł. Rozwodnik trwa. Morderca zgrzeszył.
Jeżeli system daje takie wyniki i potrafi jeszcze zmieniać listę zakazanych stanów wraz z epoką, może przed osądzeniem człowieka warto najpierw sprawdzić system. Czy właśnie o takim „trwaniu w grzechu” mówił Paweł, czy może zbudowaliśmy własną klasyfikację, w której o ciężarze czynu decyduje nie tyle krzywda, egoizm, brak miłości czy odpowiedzialności, ile możliwość wpisania komuś określonego statusu w rubrykę?
Dawid uporządkował sytuację
Biblia pokazuje historię, która dziwnie dobrze pasuje do tego problemu. Król Dawid pewnego dnia widzi Batszebę, żonę Uriasza Chetyty, sprowadza ją do siebie i kobieta zachodzi w ciążę. Powstaje problem, ponieważ Uriasz przebywa na wojnie. Dawid sprowadza go więc do Jerozolimy i próbuje wysłać do domu. Plan jest prosty: mąż spędzi noc z żoną, po kilku miesiącach urodzi się dziecko i kalendarz jakoś się zgodzi. Uriasz jednak nie idzie. Skoro jego towarzysze śpią w obozie i walczą, on również nie chce korzystać z domowych wygód. Dawid próbuje jeszcze raz, nawet go upija, ale Uriasz nadal nie idzie do Batszeby.
Wtedy król znajduje inne rozwiązanie. Pisze do dowódcy wojsk, żeby podczas walki ustawił Uriasza w najniebezpieczniejszym miejscu, a potem wycofał pozostałych ludzi. Najbardziej makabryczny szczegół tej historii polega na tym, że list z rozkazem niesie sam Uriasz.
Niesie własny wyrok śmierci.
Plan działa. Uriasz ginie, Batszeba odbywa żałobę, potem Dawid bierze ją za żonę i rodzi się dziecko. Sytuacja została uporządkowana. Nie ma już cudzej żony, jest żona Dawida. Nie ma zdradzonego męża, poległ na wojnie. Nie ma kochanki w ciąży, jest małżeństwo z dzieckiem. Pod względem formalnym wszystko wygląda znacznie czyściej niż kilka miesięcy wcześniej. Biblia podsumowuje to jednak niezwykle krótko: to, co zrobił Dawid, było złe w oczach Jahwe.
Natan wyciąga lustro
Potem przychodzi prorok Natan. Nie mówi od razu, po co przyszedł, lecz opowiada historię o dwóch ludziach. Jeden jest bogaty i ma ogromne stada. Drugi biedny i posiada tylko jedną owieczkę, którą wychował razem z rodziną; owca je z jego talerza, pije z jego kubka, jest dla niego niemal jak córka. Do bogacza przychodzi gość. Bogaczowi szkoda własnych zwierząt, więc zabiera jedyną owieczkę biedaka, zabija ją i przygotowuje z niej posiłek.
Dawid wpada we wściekłość. Nie wie jeszcze, że właśnie patrzy w lustro. Ogłasza, że człowiek, który to zrobił, zasługuje na śmierć i powinien wielokrotnie wynagrodzić wyrządzoną krzywdę, ponieważ nie miał litości.
„Ty jesteś tym człowiekiem”.
Dawid właśnie wydał wyrok na samego siebie. Dopóki patrzył na własną historię od środka, miał kolejne problemy do rozwiązania: Batszeba, ciąża, Uriasz, ryzyko skandalu, wojna, małżeństwo. Kiedy zobaczył ten sam mechanizm jako historię o cudzej owieczce, natychmiast rozpoznał zło. Może właśnie dlatego Natan nie przyszedł z tabelką paragrafów. Pokazał człowieka, któremu zabrano wszystko, choć sprawca miał pod dostatkiem własnego dobra. Bóg nie dał się nabrać na zmianę statusu cywilnego ani na formalne uporządkowanie sytuacji. Nawet w Starym Testamencie nie wygląda na szczególnie religijnego.
Chybienie celu i trwanie w grzechu
Najczęściej spotykane w Nowym Testamencie słowo oznaczające grzech to hamartia, związane z czasownikiem hamartanō. U podstaw tego obrazu znajduje się proste znaczenie: chybić celu, nie trafić. Nie znaczy to, że każdy grzech jest niewinną pomyłką człowieka, który koniecznie chciał zrobić dobrze. Można chybić bardzo świadomie. Sam obraz jest jednak ciekawy, bo nie brzmi jak opis tajnego planu złoczyńcy siedzącego nocą przy kominku i opracowującego zagładę świata. Znacznie częściej zło przychodzi przebrane za mniejsze zło, wyższe dobro, konieczność, „wszyscy tak robią”, troskę o rodzinę albo prostą myśl: jeszcze tylko raz, żeby wyjść z tej sytuacji.
Dawid nie musiał rano postanowić, że zostanie mordercą. Najpierw chciał kobiety. Potem chciał rozwiązać problem ciąży. Następnie problem męża. Każde rozwiązanie tworzyło kolejny problem wymagający następnego rozwiązania. Na końcu człowiek może patrzeć na rezultat i nadal uważać, że po prostu próbował jakoś wybrnąć. Może właśnie dlatego grzech jest czymś znacznie bardziej skomplikowanym niż lista rzeczy, których „prawdziwy chrześcijanin nie robi”.
Trwanie w grzechu naprawdę istnieje
Samo określenie „trwać w grzechu” nie jest jednak religijnym wynalazkiem. Paweł rzeczywiście pyta w Liście do Rzymian: „Czy mamy trwać w grzechu, aby łaska się pomnożyła?”. Nie trzeba tutaj budować całej doktryny na subtelnościach czasu teraźniejszego; Paweł używa osobnego czasownika oznaczającego pozostawanie, kontynuowanie. Dalsza część rozdziału mówi jednak o panowaniu, niewoli, służbie i zmianie właściciela. Grzech jest przedstawiony niemal jak władca próbujący sprawować władzę nad człowiekiem.
„Grzech bowiem nie będzie nad wami panował, bo nie jesteście pod prawem, lecz pod łaską”. — Rz 6:14
To dość osobliwa recepta, jeśli przywykliśmy uważać, że najlepszym zabezpieczeniem przed grzechem jest dokładniejszy regulamin. Paweł nie pisze: grzech nie będzie nad wami panował, ponieważ od teraz jeszcze precyzyjniej ustalimy, czego wam nie wolno. Pisze właściwie odwrotnie. My natomiast bardzo łatwo boimy się, że człowiek potraktuje łaskę zbyt poważnie, więc natychmiast dajemy mu nowe prawo.
Nie tanio. Nie drogo. Za darmo.
W tym miejscu pojawia się zwykle kolejne zabezpieczenie: łaska nie jest tania, łaska jest droga. Nie rozumiem tej kategorii. Jeśli coś jest tanie, kosztuje niewiele. Jeśli jest drogie, kosztuje dużo. Możemy mówić o wartości daru, o cenie zapłaconej przez kogoś innego, o czymś bezcennym, ale z perspektywy obdarowanego cena wynosi dokładnie zero. Inaczej przestaje to być prezent.
Łaska jest za darmo.
„Jeśli zaś dzięki łasce, to już nie dzięki uczynkom, bo inaczej łaska nie byłaby już łaską”. — Rz 11:6
A może policzyć również zysk?
Podobnie nie widzę sensu przedstawiania naśladowania Boga przede wszystkim jako katalogu kosztów. Jeśli koniecznie chcemy prowadzić księgowość, wypadałoby najpierw otworzyć drugą kolumnę. Całe stare przymierze pełne jest zasad, dzięki którym człowiek ma żyć dobrze, długo, spokojnie i w harmonii z innymi. Nawet szabat, który religia potrafi przemienić w pole minowe zakazów, zaczyna się od bardzo przyjaznej człowiekowi idei: raz na siedem dni przestań pracować — ty, twoje dzieci, pracownicy, cudzoziemiec, nawet zwierzę. Odpocznijcie.
Jeśli człowiek przestaje oszukiwać, nie musi pamiętać swoich kłamstw. Jeśli przestaje manipulować, nie musi stale kontrolować ludzi wokół siebie. Szczere relacje są prostsze od fałszywych, przebaczenie lżejsze od wieloletniego noszenia prywatnego sądu apelacyjnego w głowie. Do tego dochodzi wolność, nadzieja, kotwica i przekonanie, że człowiek nie musi sam prowadzić własnego procesu, bo ma Rzecznika przed najwyższym sądem. Jeśli gdzieś po drodze pojawia się strata, z perspektywy takiego bilansu może wyglądać trochę jak mandat dla miliardera.
Po owocach i po świętości
Pozostaje jednak rozsądnie brzmiący argument: nie zbawiamy się uczynkami, ale owoce pokazują, czy naprawdę jesteśmy zbawieni. I kalkulator wraca tylnymi drzwiami. Ilu ludzi nawróciłeś? Ile zrobiłeś dla społeczności? Ile dałeś pieniędzy? Jak często pomagasz? Ile godzin poświęcasz służbie? Czy jesteś lepszy niż pięć lat temu? Tylko że Jezus przy wielu dobrych uczynkach zaleca wręcz coś przeciwnego niż budowanie portfolio: kiedy dajesz, niech lewa ręka nie wie, co czyni prawa. Gdyby „owoce” oznaczały widoczny dorobek religijny, najbardziej owocnym chrześcijaninem byłby ten, który najskuteczniej reklamuje swoje owoce.
Owoc Ducha w Liście do Galatów wygląda zupełnie inaczej: miłość, radość, pokój, cierpliwość, życzliwość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie, hojność. Takiego człowieka rozpoznaje się nie po statystyce jego osiągnięć, lecz po tym, jak się przy nim żyje. Dar zachęcania, łagodność, życzliwość czy pokój mówią o człowieku więcej niż liczba projektów kościelnych, które może wpisać do religijnego CV.
Święty nie znaczy bezgrzeszny
Podobnie jest ze słowem „święty”. Pisałem o tym szerzej w kazanku „A Ty co, święty?”. W naszym języku święty oznacza niemal człowieka bezgrzesznego. W Biblii punkt wyjścia jest inny: święte jest to, co zostało wydzielone, oddzielone, przeznaczone. Garnek też może być święty, choć raczej nie dlatego, że przestał przeklinać. Paweł nazywa świętymi Koryntian, zanim przez resztę listu zdąży opisać, jak wielki bałagan potrafią robić. Kościół nie musi więc być wspólnotą bezgrzesznych grzeszników. Może jest wspólnotą oddzielonych grzeszników — ludzi wyprowadzonych z systemu, w którym bez końca produkuje się własną niewinność.
Nie umyjesz mi nóg
Jest w Ewangelii Jana scena, która zaczęła mi się z tym wszystkim mocno kojarzyć. Jezus myje uczniom nogi i dochodzi do Piotra. Piotr protestuje: „Nigdy nie będziesz mi mył nóg”. Brzmi nawet szlachetnie — Pan miałby klęczeć przed nim i wykonywać pracę sługi? Jezus odpowiada jednak: „Jeśli cię nie umyję, nie będziesz miał udziału ze mną”. Dopiero wtedy Piotr kapituluje i chce już umycia rąk i głowy.
Może najtrudniejsze w łasce nie jest uwierzyć, że Bóg potrafi zbawić człowieka, ale pozwolić, żeby zrobił to za darmo. Bez dopłaty, bez wkładu własnego, bez późniejszego wyrównania rachunku. Akt ułaskawienia zostaje człowiekowi niemal wciśnięty jak ulotka na ulicy, a człowiek odruchowo odpowiada: nie, dziękuję, sam sobie poradzę; może chociaż trochę odpracuję, nie chcę fatygować Boga, muszę przecież pokazać, że naprawdę zasługuję na niezasłużony dar.
Samodzielne zasługiwanie na łaskę.
Z deszczu pod rynnę
I chyba właśnie wtedy zorientowałem się, że historia zatoczyła koło. W katolicyzmie badałem, czy nadal jestem w stanie łaski uświęcającej. Po wyjściu z katolicyzmu odkryłem zbawienie z łaski. A potem dowiedziałem się, że muszę sprawdzać, czy moja wiara jest wystarczająco prawdziwa, czy mam właściwe owoce, czy jestem wystarczająco posłuszny i czy przypadkiem nie należę do kategorii ludzi „trwających w grzechu”. Zmieniły się słowa, wystrój, rytuały i autorytety, ale pytanie pozostało zaskakująco podobne: czy zrobiłem wystarczająco dużo, żeby Bóg mnie zaakceptował? A może jeszcze subtelniej: czy zrobiłem wystarczająco dużo, żeby udowodnić, że Bóg już mnie zaakceptował?
Jeśli ostatecznie znowu muszę mierzyć siebie, ważyć uczynki, badać jakość wiary i codziennie ustalać własny status przed Bogiem, to może wróciłem dokładnie do punktu wyjścia. Nie chodzi nawet o jakieś mistyczne „stanie pod łaską”. Pytanie wydaje mi się prostsze: na kogo liczę? Na Boga czy na siebie? Jakiemu systemowi ufam — prawu, w którym wynik zależy od tego, co uda mi się zrobić, czy łasce, w której wynik zależy od tego, co zrobił Bóg?
„Gdzie zaś nie ma prawa, nie ma też grzechu”. — Rz 4:15











Co o tym myślisz?
Jeśli spodobał Ci się ten referat i pobudził Cię do przemyśleń, podziel się tym w komentarzu lub pisząc do mnie. Jeśli dzięki temu artykułowi udało Ci się spojrzeć na tą kwestię z innej perspektywy to spełnił on zamierzony cel. Jeśli po lekturze skłaniasz się do zmiany swoich poglądów lub utwierdziłeś się w swoich przemyśleniach, które są sprzeczne z moimi to również chwała Bogu. Pomóż i mi znaleźć prawdę, dzieląc się ze mną i innymi czytelnikami swoimi argumentami na ten temat.