Czy Eilstein czyta Biblię jak Tolkiena?
Ateista może czytać Biblię jak Tolkiena — zakładając, że występujący tam Bóg i zdarzenia nadprzyrodzone to fantastyka. Ale czytać Biblię tak, że Bóg nie istnieje, rozkazy Boże są urojeniami, a cuda są propagandą, to tak, jakby czytać Władcę Pierścieni, racjonalizując wszystkie niezwykłe fakty.
Wówczas wyjdzie na to, że Frodo był szpiegiem na usługach rasistowskiego ludu, który chciał unicestwić cywilizację ciemnoskórych ludzi. Gandalf był obłąkanym kloszardem manipulującym młodzieżą. Elfy i krasnoludy to zbrojne bojówki. Orkowie to dehumanizowana grupa etniczna. A cały Tolkien to czysta makulatura.
Tylko że to nie jest Władca Pierścieni. To jest ideologicznie okrojona parodia Władcy Pierścieni. Tolkien napisał świat, w którym zło istnieje realnie. Jeśli ktoś wytnie z tego świata metafizykę, zostanie mu polityczna bajka o przemocy. Ale to nie będzie uczciwa lektura.
Tak samo z Biblią. Jeśli wyjmiemy z niej Boga, cuda, objawienie, aniołów, sąd, grzech, przymierze i świętość, zostanie opowieść o ludziach, którym brak piątej klepki. Ale ani Jonasz, ani Frodo nie są wariatami. Nie w dziełach, w których występują.
Biblia nie jest naiwna
Autorka kontrastuje brutalną rzeczywistość opisywaną w Biblii z naiwną moralnością, która kazałaby prawdziwemu Bogu, jeśli by istniał, wszystkich tylko głaskać i przytulać. Amalekitów, którzy uderzają w słabych, Izrael miał ucałować. Z ludami, których zło dopełniło się przez pokolenia, miał pokojowo współżyć i udawać, że głębokie zepsucie religijne, moralne i społeczne rozwiąże się samo po kilku miłych rozmowach przy ognisku.
Biblia nie jest naiwna. Pokazuje świat, w którym zło naprawdę istnieje, w którym narody mogą budować swoją potęgę na krwi, w którym dzieci dziedziczą owoce zbrodni ojców, a ziemia nosi pamięć przemocy. Pokazuje też Boga, który nie tylko przebacza, ale również sądzi.
I właśnie dlatego chrześcijaństwo nie kończy się na klątwie. Gdyby sprawiedliwość była ostatnim słowem Boga, wszyscy bylibyśmy zgubieni. Ratunkiem dla ludzkości jest Jezus — ofiara jednego człowieka za grzechy wielu. Na krzyżu Bóg nie udaje, że zło nie istnieje. Nie mówi: „nic się nie stało”. Na krzyżu sprawiedliwość i miłosierdzie spotykają się w jednym miejscu.
O co naprawdę chodzi w tym sporze?
Nie chodzi o to, czy te fragmenty są trudne. Są trudne. Nie chodzi o to, czy krew w Biblii jest prawdziwa. Jest prawdziwa. Nie chodzi o to, czy sprawiedliwość Boga jest miła dla współczesnego ucha. Nie jest.
Chodzi o to, czy wolno oceniać Biblię po wyjęciu z niej jej serca. Eilstein bierze opisy przemocy, ale odrzuca Boga, który w świecie Biblii naprawdę mówi, naprawdę zna winę narodów, naprawdę czeka z sądem, naprawdę daje znaki, naprawdę oszczędza tych, którzy odłączają się od zła, i naprawdę sądzi także Izraela, gdy Izrael staje się taki sam jak narody.
To nie jest krytyka Biblii w jej własnym świecie. To jest krytyka Biblii po przerobieniu jej na ateistyczną kronikę starożytnych wojen. A wtedy, oczywiście, zostaje tylko przemoc. Tylko że to już nie jest Biblia.
Konkluzja
Nie można czytać Biblii, zakładając, że opisywany przez nią świat jest fałszywy, a potem oceniać jej bohaterów tak, jakby żyli w innym świecie — świecie współczesnego humanitaryzmu, świeckiej polityki i XXI-wiecznych kategorii moralnych. To jest bezsensowne pastwienie się nie nad Biblią, ale nad dziełem, którego nie ma.
Chrześcijanin wyciąga naukę z Biblii, zakładając, że opisuje ona rzeczywistość, w której Bóg uczestniczy w historii Izraela fizycznie, namacalnie, przez znaki, cuda, aniołów, proroków i wyroki. W tej rzeczywistości Bóg nie jest ludzkim humanistą, tylko Stwórcą, Panem życia i śmierci oraz Sędzią, który zna fakty ukryte przed człowiekiem.
Czy wiara w Boga i wszystkie niezwykłe wydarzenia biblijne jest nieracjonalna? Tak samo nieracjonalna jak wiara w to, że w kosmosie pojawiło się życie i że ono cokolwiek znaczy. Jeśli spojrzeć na dzieje ludzkości, choćby tylko współczesne, i założyć, że otaczający nas świat jest tylko fizyką i chemią, to wszyscy jesteśmy debilami wymachującymi flagami, które nic nie znaczą. Nie ma narodów, nie ma miłości, nie ma przyjaźni, nie ma moralności ani wartości. A jak się jeszcze głębiej zanurzyć w ateistyczne założenia, to w końcu nie ma nawet człowieka, tylko przypadkowo zorganizowana materia z pretensjami.
Jeśli jednak ateista chce czytać Biblię, niech czyta ją przynajmniej uczciwie. Jak Tolkiena, nie jak Helena Eilstein. Niech wejdzie do świata, który tekst opisuje, a dopiero potem niech ocenia jego moralność. Tylko wtedy znajdzie tam naukę, którą z tej Księgi wyciąga chrześcijanin. I tylko wtedy może naprawdę krytykować sens nauki biblijnej, zamiast okładać po głowie własną, okrojoną wersję Biblii.
Nie widzę w tych fragmentach moralnego prymitywizmu. Widzę naukę o sprawiedliwości absolutnej — bezwzględnej, strasznej, takiej, której domagamy się dla innych i której boimy się dla siebie. Dlatego właśnie potrzebujemy miłosierdzia. Dlatego potrzebujemy Chrystusa.
Następne kazanko








Co o tym myślisz?
Jeśli spodobał Ci się ten referat i pobudził Cię do przemyśleń, podziel się tym w komentarzu lub pisząc do mnie. Jeśli dzięki temu artykułowi udało Ci się spojrzeć na tą kwestię z innej perspektywy to spełnił on zamierzony cel. Jeśli po lekturze skłaniasz się do zmiany swoich poglądów lub utwierdziłeś się w swoich przemyśleniach, które są sprzeczne z moimi to również chwała Bogu. Pomóż i mi znaleźć prawdę, dzieląc się ze mną i innymi czytelnikami swoimi argumentami na ten temat.