Czy Eilstein czyta Biblię jak Tolkiena?
Ateista może czytać Biblię jak Tolkiena — zakładając, że występujący tam Bóg i zdarzenia nadprzyrodzone to fantastyka. Ale czytać Biblię tak, że Bóg nie istnieje, rozkazy Boże są urojeniami, a cuda są propagandą, to tak, jakby czytać Władcę Pierścieni, racjonalizując wszystkie niezwykłe fakty.
Wówczas wyjdzie na to, że Frodo był szpiegiem na usługach rasistowskiego ludu, który chciał unicestwić cywilizację ciemnoskórych ludzi. Gandalf był obłąkanym kloszardem manipulującym młodzieżą. Elfy i krasnoludy to zbrojne bojówki. Orkowie to dehumanizowana grupa etniczna. A cały Tolkien to czysta makulatura.
Tylko że to nie jest Władca Pierścieni. To jest ideologicznie okrojona parodia Władcy Pierścieni. Tolkien napisał świat, w którym zło istnieje realnie. Jeśli ktoś wytnie z tego świata metafizykę, zostanie mu polityczna bajka o przemocy. Ale to nie będzie uczciwa lektura.
Tak samo z Biblią. Jeśli wyjmiemy z niej Boga, cuda, objawienie, aniołów, sąd, grzech, przymierze i świętość, zostanie opowieść o ludziach, którym brak piątej klepki. Ale ani Jonasz, ani Frodo nie są wariatami. Nie w dziełach, w których występują.
Biblia nie jest naiwna
Autorka kontrastuje brutalną rzeczywistość opisywaną w Biblii z naiwną moralnością, która kazałaby prawdziwemu Bogu, jeśli by istniał, wszystkich tylko głaskać i przytulać. Amalekitów, którzy uderzają w słabych, Izrael miał ucałować. Z ludami, których zło dopełniło się przez pokolenia, miał pokojowo współżyć i udawać, że głębokie zepsucie religijne, moralne i społeczne rozwiąże się samo po kilku miłych rozmowach przy ognisku.
Biblia nie jest naiwna. Pokazuje świat, w którym zło naprawdę istnieje, w którym narody mogą budować swoją potęgę na krwi, w którym dzieci dziedziczą owoce zbrodni ojców, a ziemia nosi pamięć przemocy. Pokazuje też Boga, który nie tylko przebacza, ale również sądzi.
I właśnie dlatego chrześcijaństwo nie kończy się na klątwie. Gdyby sprawiedliwość była ostatnim słowem Boga, wszyscy bylibyśmy zgubieni. Ratunkiem dla ludzkości jest Jezus — ofiara jednego człowieka za grzechy wielu. Na krzyżu Bóg nie udaje, że zło nie istnieje. Nie mówi: „nic się nie stało”. Na krzyżu sprawiedliwość i miłosierdzie spotykają się w jednym miejscu.
O co naprawdę chodzi w tym sporze?
Nie chodzi o to, czy te fragmenty są trudne. Są trudne. Nie chodzi o to, czy krew w Biblii jest prawdziwa. Jest prawdziwa. Nie chodzi o to, czy sprawiedliwość Boga jest miła dla współczesnego ucha. Nie jest.
Chodzi o to, czy wolno oceniać Biblię po wyjęciu z niej jej serca. Eilstein bierze opisy przemocy, ale odrzuca Boga, który w świecie Biblii naprawdę mówi, naprawdę zna winę narodów, naprawdę czeka z sądem, naprawdę daje znaki, naprawdę oszczędza tych, którzy odłączają się od zła, i naprawdę sądzi także Izraela, gdy Izrael staje się taki sam jak narody.
To nie jest krytyka Biblii w jej własnym świecie. To jest krytyka Biblii po przerobieniu jej na ateistyczną kronikę starożytnych wojen. A wtedy, oczywiście, zostaje tylko przemoc. Tylko że to już nie jest Biblia.
Konkluzja
Nie można czytać Biblii, zakładając, że opisywany przez nią świat jest fałszywy, a potem oceniać jej bohaterów tak, jakby żyli w innym świecie — świecie współczesnego humanitaryzmu, świeckiej polityki i XXI-wiecznych kategorii moralnych. To jest bezsensowne pastwienie się nie nad Biblią, ale nad dziełem, którego nie ma.
Chrześcijanin wyciąga naukę z Biblii, zakładając, że opisuje ona rzeczywistość, w której Bóg uczestniczy w historii Izraela fizycznie, namacalnie, przez znaki, cuda, aniołów, proroków i wyroki. W tej rzeczywistości Bóg nie jest ludzkim humanistą, tylko Stwórcą, Panem życia i śmierci oraz Sędzią, który zna fakty ukryte przed człowiekiem.
Czy wiara w Boga i wszystkie niezwykłe wydarzenia biblijne jest nieracjonalna? Tak samo nieracjonalna jak wiara w to, że w kosmosie pojawiło się życie i że ono cokolwiek znaczy. Jeśli spojrzeć na dzieje ludzkości, choćby tylko współczesne, i założyć, że otaczający nas świat jest tylko fizyką i chemią, to wszyscy jesteśmy debilami wymachującymi flagami, które nic nie znaczą. Nie ma narodów, nie ma miłości, nie ma przyjaźni, nie ma moralności ani wartości. A jak się jeszcze głębiej zanurzyć w ateistyczne założenia, to w końcu nie ma nawet człowieka, tylko przypadkowo zorganizowana materia z pretensjami.
Jeśli jednak ateista chce czytać Biblię, niech czyta ją przynajmniej uczciwie. Jak Tolkiena, nie jak Helena Eilstein. Niech wejdzie do świata, który tekst opisuje, a dopiero potem niech ocenia jego moralność. Tylko wtedy znajdzie tam naukę, którą z tej Księgi wyciąga chrześcijanin. I tylko wtedy może naprawdę krytykować sens nauki biblijnej, zamiast okładać po głowie własną, okrojoną wersję Biblii.
Nie widzę w tych fragmentach moralnego prymitywizmu. Widzę naukę o sprawiedliwości absolutnej — bezwzględnej, strasznej, takiej, której domagamy się dla innych i której boimy się dla siebie. Dlatego właśnie potrzebujemy miłosierdzia. Dlatego potrzebujemy Chrystusa.
Następne kazanko










Pingback: Czy bohaterowie biblijni są wzorem do naśladowania?
HENRYK
Dzień dobry.
Dzieło Pani Hanny Eilstein już samym tytułem informuje że będzie omawiane przy założeniu braku Boga ze wszystkimi tego konsekwencjami. Użył Pan dobrego porównania do prób zanalizowania dzieł Tolkiena jako powieści historycznych. Zgadzam się też z Panem że stosowana przez H. E. wielokrotnie ocena skutków sprawczego działania Boga (u H. E – mitycznego) w oparciu o tzw “współczesny etos humanistyczny” często – z różnych względów – zgrzyta. Nie mniej np:
1. Wykazane przez nią w wielu miejscach niespójności czy wręcz sprzeczności w Biblii po prostu są.
2. Opisane w niej sprawcze ingerencje Boga (np. wielokrotnie wymienione “zatwardzanie przez samego Boga serc” osób lub władców, w konsekwencji czego ponoszą oni lub całe ich narody straszliwe konsekwencje gniewu Bożego, którego nie byli w stanie uniknąć bo ten sam Bóg uprzednio zatwardził ich serca – co pozostawia wierzącego czytelnika w głębokiej konsternacji i wręcz narzucają zadumę nad tym co oznaczają w Biblii słowa “sprawiedliwość” i “miłosierdzie”. Szokuje to zwłaszcza w zderzeniu ze zbiorem superlatyw którymi opisaliśmy Boga: Wszechmocny, Wszechwiedzący, Nieskończenie Miłosierny…
3. Nasza (a przynajmniej moja) obserwacja historii i teraźniejszości pozwala nam (mi) sądzić że nie istnieją i nie istniały narody (ludy) z gruntu złe, występne i niezdolne do poprawy. Istnieją za to niewątpliwie źli ludzie, którzy bywają obdarzeni talentami pozwalającymi w sprzyjających im warunkach pociągnąć całe narody do bardzo złych rzeczy. Dlatego Pańska teza o tym że Bóg w swojej Wszechwiedzy widział występki pewnych ludów, Wiedział że są one niereformowalne i dlatego skazywał je na bezwzgędne wytępienie rękoma Izraelitów mocno mnie uwiera.
4. H. E. nigdzie nie postawiła tezy że Biblia przedstawia Izraela jako naród bez win lub nie objęty Bożymi karami – co Pan parokrotnie sugeruje.
5. Proszę pamiętać że H. E. była żydówką z pokolenia które przeżyło Holocaust czyli przedstawiczelką narodu w którym z każdych czterech siedzących przy stole w roku np. 1936, trzech zostało celowo, bezwzględnie i bestialsko zamordowanych. Ta sama H. E. musiała ponownie uchodzić z kraju swoich narodzin w roku 1968 na skutek ksenofobicznej polityki kolejnych Wielkich Ludzi. Przyzna Pan że osobiste doświadczenia nas kształtują – więc nie dziwi mnie że te doświadczenia zaskutkowały w niej odrzuceniem koncepcji Miłosiernego i Sprawiedliwego Boga i wywołało głęboką odrazę do samej koncepcji że jakieś Ludy mogą według arbitralnej decyzji (obojętnie czyjej) mogą być skazane na totalną zagładę.
I na koniec: jestem (jak sądzę) praktykującym chrześcijaninem który stara się sobie poradzić z uwierającymi go lub szokującymi fragmentami Biblii a i praktyki Kościoła.
Pozdrawiam
Wszetecznik
Dzień dobry, Panie Henryku.
Bardzo dziękuję za tak rzeczowy i uczciwy komentarz. Poruszył Pan kilka spraw, których nie da się odpowiedzialnie zamknąć w krótkiej odpowiedzi pod wpisem: rzekome sprzeczności w Biblii, zatwardzanie serca faraona, odpowiedzialność całych ludów, doświadczenie Heleny Eilstein po Holokauście i Marcu 1968 oraz pytanie, czym właściwie w Biblii są sprawiedliwość i miłosierdzie Boga.
Zgadzam się, że są to fragmenty, które mogą wierzącego czytelnika zostawić w głębokiej konsternacji. Nie chcę ich bagatelizować ani przykrywać listkiem figowym. Uważam jednak, że właśnie dlatego trzeba czytać je w pełnym świecie Biblii: z Bogiem, sądem, objawieniem, historią winy, cierpliwością Boga, ale też z Jego absolutną władzą nad stworzeniem.
Przygotuję pełniejszą odpowiedź w osobnym wpisie, bo temat jest zbyt szeroki na komentarz. Chciałbym odnieść się zwłaszcza do faraona i pytania, czy Bóg najpierw zatwardza człowieka, a potem karze go za coś, czego ten nie mógł uniknąć. To jest jeden z najtrudniejszych tematów, ale też jeden z najważniejszych, jeśli chcemy zrozumieć, że Biblia nie opowiada o Bogu pluszowym, lecz o Bogu sprawiedliwym, suwerennym i jednocześnie miłosiernym.
Dziękuję za ten komentarz, bo to jest dokładnie ten rodzaj rozmowy, dla którego warto pisać takie teksty.
HENRYK
Dziękuję za odpowiedź i z ciekawością czekam na Pana rozwinięcie tematu. Mam jednak nadzieję że obaj mamy świadomość że nawet przy najlepszej wierze, obaj poruszamy się w obszarze własnych interpretacji na temat tekstu który nie jest jednoznaczny. I jeszcze jedna uwaga: “rzekome sprzeczności”. Nie wdając się w sprzeczności co do interpretacji tekstów, sama H. E. wskazuje co najmniej kilka zdarzeń biblijnych, które w różnych księgach opisane są inaczej – więc sprzeczności są i jedyne co my – wierzący – możemy zrobić to jakoś próbować przełknąć tę żabę.
Pozdrawiam.
Wszetecznik
Nie ma sensu przełykać żaby. Rozsądniej ją wypluć. Jakim człowiekiem byśmy byli, przełykając żaby w obliczu niezbitych argumentów? Czego oczekiwać moglibyśmy w rozmowach od innych, którym wykazywalibyśmy błędne rozumowanie? Że też przełkną żabę, czy raczej, że zmienią myślenie? Biblia zachęca do zmiany myślenia. Ufam jednak Biblii i jeszcze w niej nie znalazłem sprzeczności, która pokazywałaby, że opisuje ona nieprawdę. Gdyby jednak ktoś mi pokazał taką sprzeczność, byłbym mu raczej wdzięczny i zmieniłbym podejście do tej księgi, wiedząc, że zbliżam się tym do prawdy. Proszę jednak konkretnie wymienić jedną lub kilka sprzeczności, a chętnie się nim przyjrzę.
Pozdrawiam!
HENRYK
Nieścisłości i sprzeczności mnóstwo wykazała np. H. Eilstein w książce którą zaczął Pan recenzować – wystarczy sięgnąć. Począwszy od Księgi Rodzaju, skończywszy na opisach (różnych w Ewangeliach) Męki Pańskiej i późniejszych wydażeń. Czy prowadzą one do wniosku że Biblia mówi nieprawdę? To chyba niewłaściwe pytanie wobec tego że te same zdarzenia w różnych częściach Pisma opisywane są inaczej – niekiedy istotnie inaczej. Ale jeśli nasza rozmowa ma mieć sens to chyba nie w formule “wskaż mi zdarzenie, to może się nad nim pochylę” ;-). W tym wątku proponuję wtócić do jego właściwego celu – zmierzenia się z wybranymi tezami recenzowanej książki.
Pozdrawiam
Wszetecznik
Panie Henryku,
zgadzam się, że warto wrócić do głównego celu wątku, czyli do wybranych tez Heleny Eilstein. Ale właśnie dlatego proszę o konkret. „Mnóstwo sprzeczności od Księgi Rodzaju po Ewangelie” brzmi mocno, ale nie daje mi materiału do uczciwej odpowiedzi. W kazanku przytaczam konkretne zarzuty Eilstein i próbuję je rozebrać na tekście. Nie jestem w stanie odpowiedzieć naraz na całe ponad 700-stronicowe dzieło, więc selekcja jest konieczna.
Nie chodzi mi o unik w stylu: „wskaż jedno, to może kiedyś się pochylę”. Chodzi o metodę rozmowy. Jeśli mówimy o sprzeczności, trzeba najpierw zobaczyć, co dokładnie jest sprzeczne: które dwa fragmenty, jakie twierdzenia, czy rzeczywiście nie mogą być jednocześnie prawdziwe, czy może mamy do czynienia z różnicą akcentów, skrótem, innym porządkiem narracji albo inną funkcją tekstu.
Co do opisów Męki Pańskiej — same różnice między Ewangeliami nie są jeszcze sprzecznościami. To normalne, że jeden świadek podaje jedne szczegóły, drugi inne, jeden układa materiał teologicznie, drugi chronologicznie, jeden skupia się na Piłacie, drugi na Herodzie, jeden cytuje jedną wypowiedź, drugi inną. Sprzeczność byłaby wtedy, gdyby dwa teksty twierdziły rzeczy wzajemnie wykluczające się w tym samym sensie i w tych samych warunkach.
Dlatego chętnie przyjrzę się konkretnym przykładom z Eilstein — nawet kilku. Najlepiej takim, które uważa Pan za najmocniejsze. Jeżeli rzeczywiście pokażą, że Biblia opisuje nieprawdę, nie zamierzam „przełykać żaby”. Wolę zmienić myślenie niż udawać, że problemu nie ma. Ale jeśli okaże się, że są to różnice perspektywy, skróty narracyjne albo pozorne sprzeczności, to też warto to uczciwie pokazać.
Pozdrawiam!
HENRYK
O. K.
1. Pierwszy bolesny temat wkazałem w pierwszym swoim wpisie: “zatwardzanie” serc ludzkich, za co później Bog karze tych którym te serca uprzednio zatwardził lub jeszcze gorzej: karze za to całe ich narody lub potomnych. Motyw ten w Biblii przewija się kilkakrotnie a faraon w KW jest jednym z nich. Trudno to pogodzić z obrazem Boga Miłosiernego.
2. W swojej recenzji poriszył Pan przykład Bożego gniewu na Saula za oszczędzenie Agaga dowodząc że gniew ten wynikał nie z czynu a z motywacji. To nie do końca zgodne z Biblią, gdzie w 1Sm 15:9 na początku czytamy: “Saul i lud ulitował się jednak nad Agagiem …” więc litość też była tu motywem – chyba że założymy że autorzy bywali czasem sarkastyczni.
3. Zgadzam się z tym że Boży przekaz musi być dostosowany do czasów i mentalności żyjących w nich ludzi, ale powtarzające się w Piśmie co najmniej kilkakrotnie nakazy eksterminacji całych nacji przez naród wybrany po pierwsze nie wypełnia moim zdaniem znamion jakiejkolwiek sprawiedliwej kary i kompletnie nie zgadza się z obrazem Boga z NT i nie da się tu pociągnąć wniosku o stopniowej zmiany przekazu na przestrzeni dziejów. Potwierdza natomiast tezę H. E. że w początkowym okresie tworzenia Pisma Bóg oczyma autorów był bardziej Bogiem plemiennym niż Bogiem świata.
Wszetecznik
Panie Henryku,
dziękuję za konkrety. Teraz rozmowa ma sens, bo możemy rozmawiać nie o „mnóstwie sprzeczności”, ale o trzech wyraźnych problemach.
1. Zatwardzanie serc
Już wcześniej wspomniałem, że przygotuję o tym osobny tekst, bo temat jest zbyt szeroki na komentarz.
Zgadzam się, że to jeden z najtrudniejszych tematów w Biblii. Nie nazwałbym go jednak sprzecznością, tylko poważnym problemem filozoficzno-teologicznym związanym z Bożą suwerennością, wolą człowieka i odpowiedzialnością moralną.
To ważne rozróżnienie. Sprzeczność byłaby wtedy, gdyby Biblia twierdziła jednocześnie, że Bóg nie ma wpływu na ludzkie decyzje i że ma wpływ na ludzkie decyzje — w tym samym sensie i pod tym samym względem. Tymczasem mamy tu raczej klasyczny problem determinizmu, wolnej woli, odpowiedzialności i natury sprawiedliwości. To są żaby, które siedzą nie tylko w Biblii, ale również w filozofii. Czy człowiek jest wolny, jeśli jego decyzje mają przyczyny? Czy można go sądzić, jeśli jego charakter został ukształtowany przez biologię, wychowanie, historię i okoliczności? Czy absolutna sprawiedliwość może być miłosierna w każdym pojedynczym przypadku, czy raczej miłosierdzie objawia się w szerszym planie? Filozofia od wieków potyka się o te same kamienie. Biblia nie wymyśla tych trudności, tylko pokazuje je w relacji człowieka ze Stwórcą.
Warto zauważyć, że obraz Boga panującego nad ludzkim sercem nie znika w Nowym Testamencie. Paweł pisze przecież:
„Albowiem Bóg to według upodobania sprawia w was i chcenie, i wykonanie.”
Flp 2:13
A w Liście do Rzymian, właśnie przywołując faraona, pisze:
„Nad kim chce, okazuje miłosierdzie, a kogo chce, zatwardza.”
Rz 9:18
Moim zdaniem faraon nie jest w Księdze Wyjścia niewinnym człowiekiem, któremu Bóg nagle złośliwie psuje serce, a potem go za to karze. Faraon jest już wcześniej władcą systemu ucisku, przymusowej pracy i mordowania hebrajskich chłopców. Zatwardzenie nie tworzy zła z niczego, ale wydaje faraona jego własnemu oporowi i czyni z tego oporu scenę objawienia Bożej mocy. To jest trudne, ale nie widzę w tym sprzeczności.
2. Saul i litość nad Agagiem
Rzeczywiście, niektóre przekłady oddają 1 Sm 15,9 tak, że Saul i lud „ulitowali się” albo „oszczędzili” Agaga i najlepsze zwierzęta. Tylko że sam dalszy tekst pokazuje, jaka to była „litość”. Nie oszczędzono słabych, chorych, bezbronnych i nędznych. Oszczędzono Agaga oraz to, co najlepsze: owce, bydło, tuczne sztuki i wszystko, co miało wartość.
Dlatego nie twierdzę, że w tekście w ogóle nie ma motywu „ulitowania się”. Twierdzę raczej, że nie jest to litość w naszym idealizowanym sensie: odruch miłosierdzia wobec niewinnego jeńca. Tekst sam demaskuje tę litość jako selektywne oszczędzenie tego, co było korzystne, cenne i wygodne. Saul nie występuje tu jako moralnie wrażliwy buntownik przeciw okrutnemu Bogu, lecz jako król, który bierze z Bożego rozkazu to, co mu odpowiada, a resztę przykrywa religijnym tłumaczeniem.
Dlatego Samuel mówi:
„Czyż Pan ma takie upodobanie w całopaleniach i ofiarach, jak w posłuszeństwie głosowi Pana? Oto posłuszeństwo lepsze jest niż ofiara.”
1 Sm 15:22
A przy Agagu dodaje:
„Jak twój miecz pozbawiał kobiety dzieci, tak niech wśród kobiet nie ma dzieci twoja matka.”
1 Sm 15:33
To drugie zdanie jest kluczowe. Agag nie jest pokazany jako przypadkowy, niewinny jeniec, którego zabija się dla zasady. Samuel przedstawia go jako sprawcę przemocy. W tym sensie zarzut Eilstein, że Bóg gniewa się, bo Saul „powstrzymał się od zabójstwa”, jest moim zdaniem skrótem, który pomija moralny kontekst sceny.
3. Eksterminacja ludów i obraz Boga z Nowego Testamentu
Tą kwestię również rozwijam we wspomnianym artykule, nad którym pracuję.
Tu także nie chcę udawać, że sprawa jest łatwa. Nakazy zniszczenia całych społeczności są jednymi z najtrudniejszych fragmentów Biblii. Ale nie zgadzam się, że automatycznie prowadzą do wniosku, iż mamy w Starym Testamencie Boga plemiennego, a dopiero potem Boga świata.
Już w Starym Testamencie Bóg nie jest tylko Bogiem Izraela w sensie plemiennej maskotki. Sądzi Egipt, ale ratuje niektórych Egipcjan. Sądzi Jerycho, ale ocala Rachab. Przyjmuje Rut Moabitkę. Posyła Jonasza do Niniwy. A przede wszystkim sądzi również Izraela, gdy Izrael staje się podobny do narodów, które wcześniej zostały usunięte z ziemi.
Nie przywołuję tego, aby twierdzić, że Eilstein uważała Biblię za książkę wybielającą Izrael. Nie o to chodzi. Przywołuję to, żeby pokazać, że biblijna wizja sprawiedliwości nie jest prostą propagandą plemienną. Biblia nie mówi: „nasi mogą wszystko, obcy są źli”. Biblia mówi raczej: Bóg jest Panem wszystkich narodów i ta sama miara może spaść również na Izrael.
Dlatego sądzę, że problem nie polega na tym, iż Stary Testament zna tylko Boga plemiennego. Problem polega na tym, że pokazuje Boga sprawiedliwego w sposób, który dla współczesnego czytelnika jest bardzo trudny do przełknięcia. Ale ja nie chcę tej żaby przełykać ani udawać, że jej nie ma. Wolę ją rozłożyć na czynniki pierwsze i zapytać, czy rzeczywiście jest sprzecznością, czy raczej zderzeniem naszej krótkowzroczności z biblijną wizją Boga, sądu, narodu i historii.
Nie chcę robić z Boga pluszaka, którego da się pogodzić z każdym współczesnym odruchem moralnym. Jeśli Biblia mówi, że Bóg sądzi i zatwardza, to wolę zapytać, co to znaczy, niż zasłaniać Mu ręce, jakby Stwórca potrzebował mojego PR-u.
Szerzej próbuję to opisać w osobnym wpisie, zwłaszcza temat faraona i zatwardzania serca. To jest za duży problem na komentarz, ale bardzo dobry punkt wyjścia do dalszej rozmowy.
Pozdrawiam!
HENRYK
Jak już pisałem, czekam z ciekawością na szerszą publikację na najcięższe tematy, niemniej tytułem polemiki do ostatniego i przedostatniego Pana wpisu.
1. Zauważone przeze mnie niespójności w Biblii (sprzeczność to może zbyt mocne określenie) jak np.wspomniane opisy Męki Pańskiej po prostu są. Można je różnie interpretować (co Pan próbuje robić) ale pamiętajmy że to nasze interpretacje niespójności które są bezsprzeczne.
2. Co do faraona – nic nie wiemy o jego poprzedniej grzeszności, nie opisanej w Biblii (tak strasznej że karę ponosi cały naród, w tym noworodki), wiemy za to o zatwardzeniu jego serca przez Boga. Dziwne byłoby to niedopatrzenie ze strony natchnionych twórców Pisma.
3. Osobiście jestem zwolennikiem warsztatu naukowego a nie publicystycznego (jestem ścisłowcem). Jeśli czegoś w tekście nie rozumiemy, to dopóki nie dotrzemy do danych pozwalających zrozumieć, jestem raczej zwolennikiem oznaczenia fragmentu notatką “nie rozumiem” niż budowania interpretacji których nie jestem w stanie niczym podeprzeć.
Pozdrawiam